Rejs na Azory na s/y Panoramie

 

2 lipca - 30 lipca 2000 r.

widziany oczyma członka załogi

Zdjęcia: Dariusz Kluczka; Tekst: Anna Zabłocka-Kluczka

 

Trasa rejsu

Trasa rejsu

Powiększenie

W drodze do Francji. Już w komplecie.

Powiększenie

I już w Paryżu! Płeć piękna czyli od lewej: Dorota, Ewa, Ania.

Powiększenie

Pakujemy się na jacht. Kapitan też zakasał rękawy... Fot. A. Z.-Kluczka

Powiększenie

Zimno. Gdzie te tropiki?

Powiększenie

W drodze na Azory...

Powiększenie

8 lipca wyłowiliśmy odbijacz. Zawsze to jakieś urozmaicenie...

Powiększenie

Małe co nieco między posiłkami. Czyżby Murzyn nie jadł śniadania?

Powiększenie

Chłopaki, no co z tym spinakerem...?

Powiększenie

Się robi, się robi...

Powiększenie

Jak można tak poganiać załogę?!?

Powiększenie

Nuda, nic się nie dzieje...

Powiększenie

Tak się ciągnie Dorotko!

Powiększenie

Nie będzie szuflady, nie będzie szuflady...

Powiększenie

Od dołu w prawo: Kapitan, Marcin, Murzyn i Romek

Powiększenie

A oto i magiczny zasilacz!

Powiększenie

Azory... może tak je widzieli konkwistadorzy? Fot. S. Matkowski

Powiększenie

Po 9 dniach żeglugi zobaczyliśmy Azory... Ewa (przy sterze) i Maciek.

Powiększenie

s/y Panorama w Ponta Delgada (Sao Miguel)

Powiększenie

Caldeiros - czyli gorące źródła na Sao Miguel

Powiększenie

W drodze na Terceirę. Romek (przy sterze) i Marcin, czyli II wachta prawie w komplecie.

Powiększenie

Plażowanie na Horcie. Od lewej: Romek, Dorota, Ania.

Powiększenie

Widok na marinę w Horcie. Fot. S. Matkowski

Powiększenie

Co wy, qrwa, wiecie o żeglowaniu!!!!! ;)))

Powiększenie

Widok z portowej knajpy na Faial na Pico, którego wierzchołek tonie w chmurach. Fot. A. Z.-Kluczka

Powiększenie

Rola kiczu w żeglarstwie? Nie, tym razem to naprawdę łapanie słońca! Darek w swoim żywiole. Fot. S. Matkowski

Powiększenie

Astroazory... czyli to, co powstało na mapie po żmudnych obliczeniach.

Powiększenie

Azory zostały za rufą gdzieś, świeża bryza, wiatr w żagle dmie...

Powiększenie

Ach! Pobujałoby się jeszcze po tych Azorach! Fot.: S. Matkowski

Powiększenie

Aż szkoda wracać. Fot. S. Matkowski

Powiększenie

Powrót do domu. Od lewej: Dorota, Marcin, Romek, Ania, Tomek, Jurek.

Powiększenie

Marcin, czyli żywa reklama Żywca. Fot.: S. Matkowski.

Powiększenie

Ostatnie chwile pod spinakerem... Fot.: S. Matkowski.

Powiększenie

Mały odpoczynek po trawersacie. Darek wyleguje się na pokładzie w Lagos. Fot. A Z.-Kluczka

Powiększenie

To też marina w Lagos. Jesteśmy na kontynencie!!!

Powiększenie

Delfiny stały się stałym elementem krajobrazu... W drodze z Lagos do Kadyksu.

Powiększenie

s/y Panorama w Kadyksie.

Powiększenie

Kadyks - cała załoga w komplecie. Stoją od lewej: Romek, Darek, Jurek, Ewa, Maciek, Dorota, w dolnym rzędzie od lewej: Marcin, Murzyn, Tomek, Ania. Na koszu dziobowym nasz towarzysz podróży - krasnal. Kto spostrzegawczy, dojrzy go też na pierwszym zdjęciu!

Powiększenie

Jakieś 30 km za Kadyksem. Jeszcze nas to bawiło...

29 czerwca 2000 r. (czwartek)

Szaleństwo zakupów. Wywieziemy chyba całe Macro. Obracamy kilka razy, a do garażu Darka już prawie nie można wejść. Jak my to wszystko ze sobą zabierzemy? Całe szczęście, że ma być bus z przyczepą. Nomen omen na jego burcie widnieje napis Panorama (jak się okazało jest też takie biuro podróży). Czyżby zapowiedź powodzenia?

30 czerwca 2000 r.

Cały dzień mordercze tempo, a do wyjazdu już tylko parę godzin. O 18-tej zaczynają się schody. Bus owszem jest i nawet z przyczepą, tylko strasznie małą. Wchodzą bagaże i niewiele więcej. Wypakowujemy. Teraz zaczynamy od jedzenia... i znowu nie wchodzi. Wypakowujemy. I tak jeszcze kilka razy.

W końcu męska decyzja: zostawiamy ponton, który nie chce nijak wejść i jeszcze parę mniej potrzebnych rzeczy. Każdy marzy tylko o jednym - wyjedźmy już z tego Wrocławia! O, pojawia się i kapitan! O 20-tej nareszcie ruszamy. Klimatyzacja cicho szumi, oglądamy na video jakiś film, wreszcie jedziemy...

1 lipca 2000 r.

O 7-mej rano krótki przystanek w Koblencji. Zgarniamy Dorotę - prawie pół nocy przesiedziała na dworcu czekając na nas, nie najlepsze to połączenie z Wilhelmshaven - i nareszcie w komplecie ruszamy w kierunku na Paryż. Do stolicy Francji docieramy ok. 15:30. Kapitan dla rozprostowania kości funduje nam morderczy spacer ;-))) ale i namawia na francuską kawę. Ewa płaci. To dopiero niezły tandem. Pod wieżą Eiffel'a opadamy z sił i tylko Maciek wjeżdża na górę. W Paryżu zdecydowanie najlepiej bawi się Romek (ale o tym niech już sam opowiada). O północy ruszamy dalej. Wszyscy jesteśmy tak zmęczeni, że nawet w tych niewygodnych pozycjach śpimy jak zabici do samego Brestu.

2 lipca 2000 r. (niedziela)

0800. Nawet długo nie krążymy (SMS-y to jednak dobra rzecz) i w końcu widać Panoramę (Port de Moulin Blanc). Cały dzień siąpi. W ekspresowym tempie pakujemy się na jacht, tankowanie, konieczne naprawy i o 2315 ruszamy w drogę (chcemy zdążyć przed poniedziałkiem). Przedtem oczywiście kąpiel, ostatnia na najbliższe 10 dni - 10 Fr a tyle radości. I tylko mały niepokój. Uda się czy nie? Jesteśmy 1,5 h przed LW, a tu jeden strategiczny punkt do przejścia. Z zapasem 2,5 metra pod kilem przechodzimy prawie na paluszkach - droga na Azory wolna!

3 lipca 2000 r.

No i tradycyjnie zaczynam od psiaka! Ale obiektywnie muszę stwierdzić, że nawet lubię te wachty. Zaskakująco mały ruch, tylko jeden statek i to pod koniec poprzedniej wachty. Wyjście z Brestu jest tak szerokie, że trudno nie trafić. Zimno! Gdzie te tropiki?

4 lipca 2000 r.

Pogoda trochę lepsza niż wczoraj, momentami prześwieca słońce. I tylko kierunek wiatru nie ten (SW - NW 3-4(5)). Choroba morska dopadła prawie wszystkich (Boże! Jak dobrze jest nie chorować! Podziwiam ludzi, którzy pływają mimo tego). Powoli się docieramy, jeszcze nie ma zgrzytów. Dziś pierwszy kambuz, zaczynamy od kolacji i ... jakbyśmy byli w zmowie z Neptunem. Wiatr cichnie, wychodzi słońce i pojawiają się delfiny! Życie jest piękne.

5 lipca 2000 r.

Słońce przypaliło mi nos, choć pogoda wcale nie tropikalna. Sztormiaki w ciągłym użyciu. Jak na zawołanie wiatr siada przed obiadem - spokojny kambuz i popis kulinarny (doceniony): spaghetti z pysznym sosem + czerwone wino. Pierwszy kambuz bez zgrzytów, ale i pogoda ładna. Potem się rozwiewa 3-4, wiatr skręca, nareszcie coś innego niż bajdewind! Za 2 godziny znowu wachta, więc rozsądek podpowiada - śpij. Ale jak tu spać!

6 lipca 2000 r.

Znowu wieje 5-6 B. W nocy mieliśmy niezłą zabawę. Pierwsze refowanie, potem zrzucanie grota o dziwo wcale nie trwało tak długo, chociaż myślę, że spokojnie pobijemy nasz rekord w tym względzie. W dzień prawie bez zmian, oprócz tego, że najpierw nas dokumentnie zlało (skąd taki deszcz przy tym wietrze?), a potem wyszło słoneczko. Za pół godziny kolacja, potem znowu wachta. Muszę przyznać, że wpadliśmy już w rutynę. Jedziemy baksztagiem - nareszcie w słusznym kierunku (loksodroma, ortodroma - Kapitan z Pierwszym wyjaśniają załodze zawiłości oceanicznej żeglugi), a na dodatek bijemy nasze rekordy prędkości (7-8 w !). Do Azorów już mniej niż 700 mil!

7 lipca 2000 r.

Ok. 1630 minęła połowa drogi - z tej okazji impreza, każdy dostał po piwie (hmm... Kapitan staje się coraz bardziej popularny). Cały dzień piękny i słoneczny (może to już te tropiki?), choć wiaterek 4-6 B. Ale NE, co oznacza, że grzejemy w pełnym baksztagu z zawrotną prędkością 7 w! Darek wyciąga gitarę, a na uwieńczenie tego pasma sukcesów robię budyń śmietankowy z czekoladą. Mniam! Na jachcie totalizator: kiedy dopłyniemy? Wszyscy stawiają na wtorek, przy czym Jurek (Kapitan) obstawia termin najwcześniejszy - ok. 11 przed południem, Ewa - dopiero północ. Pożyjemy, zobaczymy.

8 lipca 2000 r.

Nocna wachta szara i bura. A na dodatek nie pali się lampka podświetlająca kompas. Nie chce nam się naprawiać po ciemku, więc całe 3 godziny jedziemy "na nosa", ale jak się okazuje - w bardzo dobrym kierunku. Świt dzisiaj nie chciał przyjść i zaczęło się rozjaśniać dopiero ok. 7 rano. Wyraźny znak, że jednak płyniemy na zachód. Trzeba będzie przemyśleć zmianę czasu... Ale dla osłody przez jakiś czas towarzyszyły nam delfiny. Jeszcze tylko obiad i pozbywamy się kambuza - tylko co by tu zrobić? Kapitan optuje za flakami. Już tylko 380 Mm (1600) do Ponta Delgada. Wtorek staje się coraz bardziej prawdopodobny. A na deser - kisielek.

W ogóle to był dzień pełen wrażeń! Odłowiliśmy, a Marcin osobiście odczyścił (zauważył go chyba na swoje nieszczęście), odbijacz - piękny i różowiutki, a obrośnięty równo tym morskim tatałajstwem. Toczka w toczkę identyczny z tym, jaki wieźliśmy na rufie, bo się nigdzie indziej nie chciał zmieścić. Od dziś mamy już dwa. A to się Kaziu ucieszy. Jurek orżnął chłopaków w kości, o rzut beretem wyprzedzając Dorotę.

Uformował nam się wyż (1057 hPa) - jeszcze trochę i barometr pęknie. Ale nareszcie wyszło słońce i jest, jak to się z angielskiego mówi, "cool". Pyszny podwieczorek, kolacja też. W ogóle posiłki stały się jakoś bardziej uczęszczane, bo na początku tylko nasza trojka (Darek, Dorota, ja) i Kapitan pojawiała się w mesie. Znowu delfiny - stają się powoli stałym elementem krajobrazu.

Po kolacji następna atrakcja - statek. Nawet nawiązał z nami kontakt - też mu się nudziło. Jurek pogadał, dostaliśmy pomyślną przepowiednię (4-5 NE). Lecą do Edynburga. Słońce super świeci, jest już 2100 czasu polskiego i jachtowego jednocześnie, nie chce się spać, ale w perspektywie psiak. Oho! Będzie koncert. Darek wybiera się po gitarę, będzie się dobrze zasypiało...

9 lipca 2000r. (niedziela)

Kolejny udany dzień. Choć pogoda niezbyt dopisuje, jest ciepło i nie pada. Wieczór całkiem przyjemny. Delfiny to już codzienność. Wieczorna wachta całkiem udana i tylko jedno przykre wydarzenie zasmuca Jurka - na skutek uruchomienia silnika przy włączonym komputerze zasilacz odmawia współpracy. Skutek - nie mamy aktualnych map Azorów. Dobrze, że jest chociaż nowa locja.

Mamy nową rzecz na jachcie. Jurek zabrał ze sobą laptopa. Podłączył do niego GPS-a. W każdej chwili mamy aktualną pozycję na ekranie komputera, możemy obserwować przebytą przez nas drogę, dostępny jest cały komplet aktualnych map Azorów, itd. (o przydatności tego sprzętu na jachcie i jego zaletach niech wypowie się sam winowajca) - czyżby koniec tradycyjnej nawigacji? Pierwszy, na lądzie maniak komputerowy, tu uporczywie łapie sekstantem Słońce. Kulminacja... i znowu chmury!

Już tydzień jesteśmy w morzu...

10 lipca 2000 r.

Dziś na zmianę sukcesy i porażki. Darek - mimo całego zamiłowania do tradycyjnej nawigacji - zmajstrował z Jurkiem cudaczny zasilacz z części do radaru. Efekt - komputer znów na chodzie, ale za to mamy małe problemy z silnikiem. A potem pyszny obiad i całe cztery godziny naszej wachty na spinakerze! Pierwszy raz w tym roku. No i oczywiście piękne słońce! Już tylko 60 Mm (2100) do latarni na Sao Miguel.

A potem podarł się spinaker...

11 lipca 2000 r. (wtorek)

Świtówka, a ciemno jak .... To obecnie najmniej przyjemna wachta. Wiatr przynosi zapach lądu - Azory już tuż, tuż. Opływamy wyspę, by o 1245 zacumować przy nabrzeżu w Ponta Delgada. Jesteśmy na Azorach! Potem godzina załatwiania formalności - biurokracja do n-tej potęgi. Kto chce się dowiedzieć czegoś więcej niech pyta Jurka, który ze stoickim spokojem przeżywał te katusze w każdym porcie.

W jachtowym totalizatorze ostatecznie zwyciężył Murzyn, który typował 1300. Główna wygrana to kolejka od każdego, kto obstawiał, w barze na Azorach, wypita jednym ciągiem (tzn. w trakcie jednego wieczoru). Już widzę tego kaca...

No a potem szaleństwo! Szybki kursik po miasteczku, oczywiście po kąpieli, a wieczorem - rejs po knajpach. Nie wpuścili nas do dyskoteki, bo byliśmy w krótkich spodenkach (nie wszyscy, ale jak razem to razem), za to Maciek zawarł bliższą znajomość z przedstawicielami lokalnej policji. Zwiedził też "azorski" komisariat od środka...

Dla udogodnienia przeszliśmy na ichni czas.

12 lipca 2000 r.

Wypożyczyliśmy samochód (Jurek, Tomek, Dorota, Darek i ja) i pojechaliśmy na objazd wyspy. Nieustanne mżawki (opady orograficzne) okazują się stałym elementem krajobrazu. Nasze wyobrażenia o klimacie "tropikalnym" nieco mijają się z rzeczywistością - 20-25 C, od czasu do czasu słońce i nieustanna wilgoć towarzyszą nam na każdym kroku. I po co nam te kremy z filtrami UV? Wyspa zaskakuje bujną roślinnością i niezliczonymi gatunkami kwiatów. Oprócz tego, że platany są na każdym kroku, cala reszta wygląda bardzo po europejsku. W końcu to też Europa (Portugalia dokładniej) tylko bardzo oddalona (także w czasie). I choć Ponta Delgada nie różni się zasadniczo od innych europejskich miast (no może skalą, bo jest nie za duża, i wąskimi uliczkami, na których ruch jest przeważnie jednokierunkowy) to wystarczy wyjechać poza stolicę (mają nawet uniwersytet!), żeby zobaczyć Portugalię w XIX wieku. Trudno uwierzyć, że jeszcze 15 -20 lat temu nie było latarni ulicznych ani samochodów (z zasłyszanych wiadomości od miejscowych), a ludzie chodzili głownie na boso(?). Teraz na każdej wyspie jest lotnisko, choć różnią się one od naszych wyobrażeń o lotniskach (nie należy się spodziewać takiego Heathrow) - jest to z reguły pas startowy z małym budyneczkiem obok, tradycyjnie można też dostać się tam drogą morską.

Więcej informacji o Azorach na stronie ...

13 lipca 2000 r.

1245 żegnamy Ponta Delgada i ruszamy w stronę kolejnej wyspy. Wieje równo S-SE czyli od rufy i jak na skrzydłach lecimy prosto do celu. Prawdziwa żeglarska pogoda - wiatr i słońce. I choć to dopiero 1700 większość załogi padła - odpoczywa po wyczerpującym "zwiedzaniu". Zrobiliśmy parę zdjęć. Ciekawe jak wyjdą.

14 lipca 2000 r.

Nad ranem (ok. 0500) wchodzimy do Praia da Vitoria (Terceira). Okazuje się, że do portu jachtowego nie można wejść - za płytko (!) na nasze 2,5 m zanurzenia. Stajemy na kotwicy. Rano Jurek z Darkiem uderzają na pontonie na ląd. Jest baza amerykańska, piękne, nowiutkie i świecące czystością i pustką toalety (bez bączka niedostępne - harbourmaster obiecuje, że w następnym kroku pogłębi basen jachtowy) - i nic poza tym. Szybka decyzja i wyruszamy w stronę Angra do Heroismo (0950). Docieramy tam o 1330. Nie ma pryszniców, ani żadnego zaplecza sanitarnego. Port jachtowy dopiero w budowie - ale plany wyglądają zachęcająco. Nawiązujemy znajomość z "podwodnymi" archeologami (Amerykanie) i za darmo udaje nam się wykąpać w ich bazie. A potem na miasto. Jest wpisane na listę UNESCO i jest rzeczywiście śliczne. Trafiamy akurat na jakąś imprezę w mieście, więc do późnej nocy siedzimy na rynku w tłumie ludzi. Całe szczęście, że do jachtu prowadzi długi i prosty (obleziony przez karaluchy giganty) falochron...

15 lipca 2000 r.

Angra do Heroismo - dzień drugi. Maciek, Sławek i Tomek napalili się na nurkowanie, a reszta tradycyjnie - zwiedzanie miasta i fortu w grupach i podgrupach. W locji wyczytaliśmy ciekawą wiadomość (nie ma jej w przewodnikach turystycznych), że żołnierze oprowadzają po forcie, wystarczy tylko zapytać wartownika. Dostaliśmy obstawę (jeden z przodu, drugi z tyłu) i przewodnika, zwiedziliśmy także lochy, przez chwilę mając obawę, czy aby nas tam nie zamkną. Największe wrażenie zrobiły jednak na nas klucze otwierające te wszystkie bramy - prawdziwe, oryginalne i ogromne, i tajne przejście na drugą stronę murów obronnych. Bardzo sprytnie ukryte. A potem basen - a właściwie miejscowe kąpielisko. Kapitan dał przykład, za którym - przy tej temperaturze - poszedł tylko Pierwszy.

Po kolacji długa dysputa zakończona głosowaniem - dokąd płyniemy. Opcje są dwie: Horta na Faial albo Graciosa. Ku niezadowoleniu części załogi (1 głos przeważył) wybieramy Graciosę. Wyruszamy tuż przed północą (2355), tylko 5 minut wachty i do koi. Całkiem niezłe zakończenie dnia. Kapitan usiłuje pozbyć się chłopaków, żeby powachtować z Ewą (pełnia księżyca i w ogóle nastrojowa noc), ale Maciek jest nieugięty!

16 lipca 2000 r. (niedziela)

O 0810 zacumowaliśmy przy falochronie w Vila da Praia (Graciosa). Ależ to był leniwy dzień. Pierwszy raz prawdziwe wczasy - słonko i wylegiwanie się na plaży przez całe pół dnia. Żadnych zaplanowanych prac pokładowych i napraw. I nareszcie coś na kształt tropików. A potem - wycieczka do wulkanu (taksówką), zwiedzamy podziemne jeziorko a drogę powrotną przebywamy pieszo. Popołudnie leniwe, tak jak cały dzień (w końcu to niedziela) - znowu plażowanie i czytanie książek. A wieczorem niespodzianka - w zatoce zakotwiczył drugi jacht (z francuską banderą), którego właścicielem okazał się Polak francuskiego pochodzenia (a właściwie na odwrót - Francuz polskiego pochodzenia).

O północy znowu ruszamy w drogę. Tym razem prosto na Faial!

17 lipca 2000 r.

0400 a my wciąż mamy 11 Mm do trawersu Sao Jorge. Wiatru jak na lekarstwo - zmieniamy się na chwilę w jacht motorowy, licząc po cichu, że jednak się rozwieje. Dopiero ok. 0600 lewą burtą mijamy trawers Ponta das Rosais. 5 minut później przychodzi wiatr - rzucamy się do żagli. Jurek powozi, my stawiamy. Po pracowitych 20 minutach wszystko stoi (ale się wyrobiliśmy!), 5 minut później wiatru już nie ma. Kołyszemy się z klekotem na fali (skąd się taka wzięła?). Znowu wiatr nabił nas w butelkę. No ale przynajmniej było co robić. Te oceaniczne wachty są strasznie nudne, nawet tu między wyspami nie ma co liczyć na ruch. Znowu jesteśmy jachtem motorowym. Ostatecznie cumujemy dopiero o 1110. Jesteśmy w Horcie na Faial.

Znowu siąpi (a już było tak dobrze!). Zwiedzanie - choć to chyba największy port jachtowy na całych Azorach, miasteczko wydaje się jakieś małe. Z ciekawszych wiadomości - Azory leżą w rejonie wciąż aktywnym tektonicznie. Ostatni poważniejszy wybuch wulkanu był chyba w 1953 r. i wtedy Faial znacząco powiększyła swoją powierzchnię. Dość powiedzieć, że latarnia, która zawsze była nad brzegiem morza teraz stoi w środku lądu. Wstrząsy tektoniczne są czymś normalnym, co widać po miejscowych zabudowaniach. Uszkodzenia w większych miastach są maskowane stosunkowo szybko, wystarczy jednak wyjechać poza nie, a bez trudu da się zauważyć niszczącą działalność natury. W trakcie naszego pobytu nie zarejestrowaliśmy co prawda niczego takiego, aczkolwiek podawano ostrzeżenia o aktywności podwodnego wulkanu po zachodniej stronie Terceiry.

W Horcie spotkała nas jeszcze jedna miła niespodzianka. Następny rodak - Zbyszek (wprawdzie znowu z francuskim paszportem), ale tym razem pochodzący wprost z Wrocławia. Oczywiście impreza. Ewa szaleje...

18 lipca 2000 r.

Od rana plażowanie. Wszyscy zgodnie leżymy do góry brzuchem na czarnym piasku, od czasu do czasu zanurzając cielska w wodzie. Leniwa kawa, frytki i piwo - zbieramy siły na powrót, bo od dziś wieczorem zaczynamy wracać. Jeszcze tylko jakieś zamieszanie z praniem, ostatnich parę zdjęć (uparcie poluję na Pico, którego wierzchołek ciągle chowa się w chmurach), odprawa zrobiona w ostatniej chwili przed zamknięciem urzędu, krótka drzemka i tuż po północy wyruszamy na wschód.

Odtąd będziemy już tylko wracać.

19 lipca 2000 r.

Piękny plażowy dzień. Przypiekamy się teraz z przodu, bo z tyłu jesteśmy spaleni aż do bólu. W konkursie na najlepszą opaleniznę bezkonkurencyjny jest Marcin. Nie wiem jak on to robi, bo nawet niczym się nie smaruje. A może w tym tkwi sekret? Jurek walczy z komputerem (instalacja map od Zbyszka jakoś nie posłużyła laptopowi) próbując wszystko zainstalować i skonfigurować od nowa. Znowu wieczorem przejmujemy kambuz - posiłki są już standardowe, urozmaicane od czasu do czasu szyneczką, jajkiem lub winem. Schab wychodzi nam już bokiem...

20 lipca 2000 r.

Z lekkim opóźnieniem w stosunku do zaplanowanego czasu docieramy na Santa Marię - ostatnią z wysp archipelagu Azorskiego, którą zamierzaliśmy odwiedzić w drodze na kontynent. Stajemy na falochronie w Vila da Porto ostatecznie parę minut przed godziną 1300. No i standard: obiad, kąpiel, wycieczka do miasta - tym razem trzeba podejść ładny kawałek do góry. Znajdujemy przepiękny taras widokowy i coś na kształt ogrodu botanicznego i zoologicznego razem wziętego. A wieczorem uczta w miejscowej knajpie - za 21 tysięcy Escudos! Objedzeni do bólu znowu o północy wyruszamy w drogę.

21 lipca 2000 r.

Powrót: dzień pierwszy.

Dzień typowo wypoczynkowy - tylko dwie godziny wachty w dzień, a potem wieczorna kapitańska wachta i spanie aż do rana. Kapitan planuje tygodniowy przelot, może uda się szybciej. Znowu trzeba się przyzwyczaić do rutyny wacht.

Dziś urodziny Sławka - częstuje ciasteczkami, ale od postawienia flaszki na lądzie i tak się nie wywinie. (Jak pokazało życie jednak się wywinął)

Pływamy razem już trzy tygodnie. Jak można było przewidywać nie dało się uniknąć małych zgrzytów, ale ogólnie atmosfera całkiem niezła.

22 lipca 2000 r.

Trawersata: dzień drugi - pięknie, gorąco i słonecznie. Pół dnia jedziemy na spinakerze, drugie pół na motyla (fok na bomie). Krótko popołudniu minął nas wieloryb. Przepłynął statecznie obok burty, trochę poprychał, ale ogona nie pokazał. Na obiad rewelacje kulinarne w wykonaniu pierwszej wachty - kotlety panierowane z piersi kurczaka. Palce lizać. Słońce grzeje niemiłosiernie, a cały dzień na pokładzie (0800-1200 potem 1600-2000) zaowocował piękną opalenizną. Fantastyczny zachód słońca. Murzyn uparcie twierdzi, że widział zielony promyk!

23 lipca 2000 r.

W nocy zdechło, wleczemy się noga za nogą. A rano prawie nam się udało zobaczyć wschód słońca, przeszkodziła tylko jedna mała chmurka. Potem dzień ciepły, tylko prawie bez słońca. Rano na widnokręgu mignął jakiś statek - to urozmaicenie, bo ostatni widzieliśmy w drodze na Azory! A na obiad fasolowa uczta! Hm! Zaczynamy celebrować posiłki.

24 lipca 2000 r.

Psiak - świetna jazda przez całą noc na spinakerze (wieje regularna czwórka). W nocy o 0150 stuknęło 400 Mm do lądu. Chyba znowu będzie plażowa pogoda. Sztormiaki wyciągamy ostatnio tylko na nocne wachty, a czasami nawet nie. To miłe. Na śniadanie miały być grzanki, ale nic z tego nie wyszło, bo ostatecznie zbuntował się kuk. Tuż po 0800 podarł się drugi spinaker... nasza kaucja odpływa w siną dal.

25 lipca 2000 r.

Ciągle płyniemy. Znowu fajny dzień, choć nie na tyle gorący, aby się opalać. Już coraz bliżej do Portugalii - może ze dwa dni. Zastanawiamy się nad wyborem portu. Chyba to będzie Lagos, bo jakoś tak ładnie prezentuje się w locji.

26 lipca 2000 r.

Murzyn długo będzie pamiętał ten dzień. Najpierw numer z przedwczesnym budzeniem. Spał jak kamień, a tymczasem Romek z Marcinem przestawili mu zegarek o godzinę wcześniej, po czym obudzili go na wachtę. Wstał, ubrał się i nawet posiedział z nami prawie 20 minut, ale potem już dłużej nie mogliśmy wytrzymać ze śmiechu. Oj, ale był wkurzony! No a potem numer z jajecznicą (też najbardziej poszkodowany był Murzyn) - nie chce mi się opisywać, ale doszło do zaostrzenia konfliktu. Atmosfera zaczęła dojrzewać.

A poza tym oficjalnie rozpoczęliśmy odsyfianie pokładu. Honor III wachty ratuje niezastąpiona Ewa.

Stawiam Cutty Sarka...

27 lipca 2000 r.

Nad ranem nareszcie zaczyna się jakiś ruch, przecinamy tor wodny, ląd już tuż, tuż. O 0840 cumujemy w marinie w Lagos - nareszcie na kontynencie.

Nawet nie piszę co można robić wieczorem w porcie, po "prawie trawersacie" Atlantyku...

28 lipca 2000 r.

1530 opuszczamy Lagos, przed nami już tylko 120 Mm do Kadyksu. Ostatnia świtówka, i w ogóle wszystko ostatnie. Zrobiło się nostalgicznie...

29 lipca 2000 r.

Nad ranem zupełnie siadło, o 0700 odpaliliśmy silnik. Zaraz po śniadaniu rozpoczęliśmy totalne sprzątanie - wszystkie sztyce błyszczą, to zasługa "rozporządzenia kapitana" i nawet na nadbudówce ani śladu rdzy (Ewa jest w tym perfekcjonistką, w innych sprawach oczywiście też). Ok. 1100 dmuchnęło nagle 4-5 B, wyjątkowo szybko zrobiła się fala. O 1155 odstawiliśmy silnik i padło sakramentalne "Tak stoimy". No i symboliczny toast.

Kapitan jest nieugięty - szorowanie aż do bólu (za wyjątkiem kambuza, bo to dopiero jutro). Wieczorem tradycyjny wieczór kapitański - Jurek stawia, jest też okazja do wymiany poglądów na temat rejsu (ale to niech pozostanie tajemnicą).

A wieczorem imprezujemy - też do bólu, bo (jak się okazało) trafiliśmy na fiestę w Kadyksie; szalejemy aż do rana.

30 lipca 2000 r.

Oj, ciężko było wstać o 0730, ale o 1000 ma przyjechać następna załoga i do tej pory wszystko musi być zrobione. Szorujemy, pucujemy, błyszczy.

O 1000 dostajemy pierwszego SMS-a, że nie należy się spodziewać zmiany przed 16-tą...

Już 2000 a ich nie ma. Telefony milczą...

2200 - bez zmian. Gdybyśmy wiedzieli to uderzylibyśmy prosto do Gibraltaru...

2400 - i nic.

31 lipca 2000 r.

Przyjechali w nocy. Mieli problemy z samochodem. Pakujemy się jak najszybciej, bo czas już zaczyna naglić. Kończą się urlopy, a tu do domu jeszcze 3000 km. Wreszcie o 1400 udaje nam się szczęśliwie wyjechać.

30 km za Kadyksem, na autostradzie, w jednym z samochodów (Ford Winstar) kończy się paliwo. Kierowca... zapomniał zatankować! Leci z bańkami, na szczęście do najbliższego zjazdu nie jest daleko, ale kosztuje nas to prawie 40 minut nieplanowanego postoju. 35 C, żar się z nieba leje.

Po kolejnych 15 kilometrach następna awaria. Komputer z niewyjaśnionych przyczyn odcina dopływ paliwa (nie ma to jak Syrenka, tam przynajmniej wiadomo o co chodzi, a tu klimatyzacja, szmery-bajery i... nie jedzie). Pchamy do najbliższego zjazdu i jeszcze się śmiejemy.

Jak wystygnie ruszymy dalej. Wystygł, zapalił, zgasł po następnych paru kilometrach. Kolejny postój. Z autostrady wygania nas hiszpańska policja. Zjeżdżamy do najbliższego miasta i dzwonimy po pomoc drogową. Czekamy na parkingu supermarketu ponad godzinę. Jesteśmy coraz bardziej wkurzeni. Już 1800. W warsztacie okazuje się, że dziś już niczego nie da się zrobić, zresztą i tak nie mają odpowiednich uprawnień, bo to amerykański i z automatyczną skrzynią biegów, ale jutro ma przyjechać laweta.

Konferencja telefoniczna z Polską (z ubezpieczycielem) i po prawie dwóch godzinach wprowadzamy się w piątkę (Ewa, Dorota, Jurek, Darek i ja) do pobliskiego hotelu. Romek, Tomek i Murzyn decydują się jechać do Madrytu i tam próbować złapać jakiś samolot do Polski lub Niemiec (czas nagli, pojutrze rano powinni być w pracy). Marcin i Maciek odwożą ich (Fordem Transitem) do Madrytu i wracają. Przez noc robią prawie 1000 km

1 sierpnia 2000 r.

Spokojna noc w hotelowym łóżku, ale od rana walczymy dalej. Umówiona na 9-tą laweta nie przyjechała. Po angielsku trudno się dogadać (odjechał Tomek, który mówił po hiszpańsku), ale udaje nam się sklecić pytanie ?Donde esta la grua? i sypiemy nim z coraz większą złością dookoła. Przyjechała ok. 11-tej. Samochód był na lawecie całe 5 minut, po czym okazało się, że w całej Hiszpanii nie ma autoryzowanego serwisu, który mógłby się podjąć naprawy, ale mogą sprowadzić fachowców w ciągu dwóch tygodni. Raczej nas to nie urządza.

Już pierwsza. Właśnie wrócili Marcin i Maciek, szybka kąpiel (dalej upał) i korzystając z tego, że Windstar znowu zapalił ruszamy z nadzieją dalej.

Na autostradzie, parę kilometrów przed Granadą powtórka z rozrywki. Całe szczęście tuż przy zjeździe z jakąś knajpą. Decydujemy się na przerwę w podróży i na obiad. W trakcie obiadu kolejna awaria - zabrakło prądu. Klimatyzacja nie chodzi, wentylator nie chodzi, radio milczy - uwzięło się coś na nas czy co?

Po obiedzie próbujemy znowu, ale sytuacja się powtarza. W końcu podejmujemy męską decyzję (a właściwie robi to kapitan przy naszym poklasku)... zostawiamy Windstara z kierowcą w Granadzie, a sami pakujemy się w siódemkę do Transita, zabieramy część rzeczy i o 2100 ruszamy dalej.

Teraz się już nam naprawdę śpieszy.

2 sierpnia 2000 r.

Jedziemy jak w amoku. Panowie prowadzą, panie pilotują. Przerwy tylko na kawę. Jedna osoba stale jedzie na pace (jest tylko 6 miejsc siedzących). Mijamy Hiszpanię, Francję, Niemcy. Robi się coraz chłodniej. Wyciągamy długie spodnie.

3 sierpnia 2000 r.

W Norymberdze, nad ranem wysiada Dorota. Musi wrócić do Niemiec i pozałatwiać wszystkie sprawy na uczelni. A my grzejemy jak opętani. Oby do granicy. Każdy już marzy tylko o jednym - do domu

O 1400 dojeżdżamy do Wrocławia.

I to już koniec! Jesteśmy o miesiąc starsi...

 

 

Mała statystyka:

Wyruszyliśmy:

2 lipca 2000 r. z Brestu

Odwiedziliśmy porty:

Ponta Delgada, Praia da Vitoria, Angra do Heroismo, Vila da Praia, Horta, Vila do Porto, Lagos

Zakończyliśmy rejs:

30 lipca 2000 r. w Kadyksie

Przepłynęliśmy:

2471 Mm w ciągu 454 godzin (w tym 407 na żaglach i 47 na silniku)

Rejs prowadził:

Jerzy A. Kosz

W skład załogi wchodzili:

I wachta: Dariusz Kluczka, Dorota Zabłocka, Tomasz Łyda

II wachta: Anna Zabłocka-Kluczka, Roman Jurkiewicz, Marcin Kluba

III wachta: Sławomir Matkowski, Ewa Walter, Maciek Tkacz

Przelot: Brest - Ponta Delgada

9 dni

Przelot: Vila do Porto - Lagos

6 dni