Rejs na jachcie PANORAMA 2-16 czerwca 2001 r.
Głównym celem rejsu było odbycie stażu morskiego na wodach pływowych przez kandydatów na stopień j.st.m. Oprócz tego, oczywiście walory turystyczne, zaplanowana trasa również stanowiły o atrakcyjności tego rejsu.
Organizatorem wyprawy był Jacht Klub AZS Wrocław, armator jachtu Panorama. Załogę jachtu stanowiło 8 osób, którzy w większości dowiedzieli się o rejsie dzięki informacji na internetowej stronie Jacht Klubu.
W
rejsie wykorzystaliśmy oprócz klasycznych pomocy nawigacyjnych morskie mapy
cyfrowe w formacie C-Map. Były momenty, że z powodu braku map
"papierowych" nawigowaliśmy wyłącznie korzystając z komputera.
|
|
Załoga : kapitan Robert Chorążewski I oficer Piotr Michałowski II oficer Jarosław Barkowski III oficer Jarosław Boguszewicz
Joanna Łupińska Eilert Horman Wiesław Sawicki Wiesław Dominiczak |
Trasa rejsu : Świnoujście - Sassnitz - Falsterbo Kanal - Helsingborg - Aalborg - Thyboroen - Esbjerg - Helgoland - Cuxhaven - Kiel - Klintholm - Świnoujście
Jednym zdaniem : dużo pływania, mało stania. W czasie rejsu przepłynięto 1164 Mm w czasie 230 godzin.
Bardzo dziękujemy Ani, Dareckiemu i Grzesiowi za prognozy via sms. Są bardzo pomocne, a poza tym fajnie jest wiedzieć, że ktoś tam na lądzie myśli o nas ;-) Dziękujemy również wszystkim Sympatykom za liczne sms-y z pozdrowieniami.
Opis rejsu:
Początek, jak zwykle trudny.
Jacht odebraliśmy w sobotę, 2 czerwca, wieczorem od poprzedniej załogi pod dowództwem kapitana Jurka Kosza. Przejęliśmy też "bez pytania" jedną z załogantek - Joasię zwaną nie bez kozery "Długą". Zastanawialiśmy się z Piotrem dlaczego "Długa" i nawet doszliśmy do pewnych wniosków, ale pozwolicie że zachowam je w tajemnicy. Na początku wiało, a że trochę byłem zmęczony drogą i czekaniem na jacht, więc po zwiedzeniu wszystkich okolicznych pubów i tawern chciałem "grzecznie" udać się na spoczynek, ale okazało się że rzeczona Joanna oraz I oficer Piotr maja właśnie dzisiaj urodziny, więc domyślacie się, że impreza zasilona przez część poprzedniej załogi zakończyła się mniej więcej wtedy, gdy naprzeciwko przystani żeglarskiej Marynarka Wojenna stawiała bandery i biła w dzwony na swoich pięknych okrętach. No i niedziela zeszła nam jak to się mówi na walce z zespołem dnia następnego.
Bałtyk w czerwcu.
Wyszliśmy
wreszcie w morze w poniedziałek o 10 rano. Po miłej odprawie i wiaterku już
nieco normalniejszym, ale oczywiście "w mordę" skierowaliśmy Panoramę
w kierunku Sassnitz. Okazało się, że na morzu jest bardzo zimno szczególnie w
nocy i nad ranem. No ale cóż, płynąć trzeba i już.

Bałtyk w czerwcu. Fot.
Wiesław Sawicki
Mimo to postanowiliśmy wejść na noc do Sassnitz. Zacumowaliśmy o 22.00 i odprawiliśmy się. Noc w porcie wszystkim przypadła do gustu. Raniutko, wyruszyliśmy w kierunku Falsterbo Kanal, gdzie udalo nam się wejść w nocy z 5 - 6 czerwca. Oczywiście przespaliśmy się "na równym" i skoro świt w Sund.
Następnym przystankiem był Helsingborg (ten po szwedzkiej stronie). Jako że znam gościnność gospodarzy nowej mariny Helsingborg Yacht Clubu, postanowiłem że tam nabierzemy sił przed Kattegatem. Tak też się stało. Ciepłe kąpiele i sauna to było to, czego potrzebowaliśmy po zimnym kontakcie z Bałtykiem.

Zaczyna nam wiać. Fot.
Wiesław Sawicki
Pogoda w dalszym ciągu bardzo zmienna. Gwałtowne szkwały spod czarnych, ogromnie wypiętrzonych chmur nie napawały nas zbyt optymistycznie, jednak kierunek wiartu zmienił się na SW i mogliśmy półwiatrem a potem prawie baksztagiem obrać kurs na wejście do Limfiordu.
Limfiord.
8 czerwca, piątek, godzina 15.30. Panorama żegna zimny Kattegat i
wchodzimy do Limfiordu. Wiatr zachodni. Lecimy na maszynie, ale z każdą milą na
zachód pogoda poprawia się. Jest to przepiękny akwen, cudownie byłoby pożeglować
po nim jakimś małym jachtem, najlepiej mieczowo balastowym. Urokliwe zatoczki,
piękne przystanie, niestety niedostępne dla jacht o zanurzeniu 2,5 m. a tyle właśnie
ma nasz okręt. Lecimy więc między bojami. Nie mamy nawet pół mapy ! Myślę o
klasycznych mapach papierowych. Mamy laptopa z wgranym C-Mapem i dzięki temu w
ogóle zdecydowałem się wchodzić na ten piękny, ale trudny nawigacyjnie akwen.
Postój w Aalborgu. Największym porcie w Limfiordzie. Tam spędzamy
noc. Nadrabiam zaległości w śnie, załoga natomiast nadrabia zaległości w
imprezach nocnych, czyli wszystko normalnie. Grunt że rano wszyscy w komplecie
są na jachcie i możemy lecieć dalej. Mosty nad Limfiordem otwierane są na życzenie.
Wystarczy wywiesić flagę "N" i już. Operator otwiera po chwili przejście.
Na końcu Limfiordu znajduje się port Thyboroen. Małe, rybackie
miasteczko pośród industrialnego krajobrazu. Do Thyboroen wchodziliśmy już po północy,
ale było jeszcze całkiem jasno. Miłe powitanie z panem z kapitanatu portu, a
potem długa rozmowa przy kawie o tym co stało się tu 10 września 2000 r. Wscy
mieszkańcy Thyboroen maja w pamięci ten wrześniowy poranek, gdy nadszedł sygnał
wzywania pomocy i okazało się ze polski jacht wraz z siedmioma osobami z załogi
został unicestwiany. Pamięć o polskich harcerzach z jachtu
"Bieszczady" tkwi głęboko w pamięci tutejszych mieszkańców. To stąd
poszła akcja ratunkowa, to kuter z tego portu uratował dziewczynę z załogi, to
tutaj przywieźli resztki jachtu wyłowione z morza i ciała żeglarzy ... Smutna
nam się zrobiło i tak jakoś dziwnie ...
Morze Północne.
Wyszliśmy z Thyboron. Naszym celem była pozycja, na której doszło
do kolizji jachtu "Bieszczady" z chińskim tankowcem "Lady
Elene", dokładnie 9 miesięcy temu, czyli 10 września 2000 r. Około godziny
20 dopłynęliśmy do miejsca, gdzie na dnie leży wrak harcerskiego jachtu.
Przygotowywałem sobie dłuższą przemowę, ale jak przyszło co do czego z dużym
trudem ledwo odczytałem nazwiska ofiar, i może jedno zdanie, Głos odmówił mi
posłuszeństwa. Eilert opuścił do połowy bezanmasztu naszą banderę, Asia odczytała
fragment z "Lorda Jima" a Dominik walnął 4 razy w dzwon i odśpiewał,
przepięknie z resztą, "Odpłynął Tom do Hilo". Wszyscy byli bardzo
wzruszeni, zamyśleni, każdy chyba sobie dumał, że właściwie nie znamy ani dnia,
ani godziny ...

W
miejscu tragedii jachtu "Bieszczady" z pokładu polskiego jachtu
zabrzmiał dzwon ... Fot. Wiesław Sawicki
Po tej krótkiej uroczystości położyliśmy się na przeciwny kurs i z
wiatrem pognaliśmy w kierunku portu Esbjerg.
Port Esbjerg. Odpoczęliśmy trochę, bo rozkołys na morzu był spory.
Kąpiel i wieczorem w morze. Wiało ok. 7 B, ale kurs na Helgoland mięliśmy słuszny,
prędkość również. No i strzelił nam fał genuy. Zrobiło się takie kłębowisko na
maszcie, że nie sposób było po ciemku tego naprawić. Panorama bez trójkąta
przedniego niestety na wiatr nie pójdzie, ale na szczęście na krótkim fale udało
się postawić najmniejszy żagiel jaki mieliśmy, czyli foka sztormowego i nawet z
niezłą prędkością pożeglowaliśmy w stronę Helgolandu.
Helgoland.
Piękna wyspa na Morzu Północnym. Dla nas tym piękniejsza, że
pierwszy raz pokazało się słońce i zrobiło się naprawdę ciepło. Nagle wszyscy
wskoczyli w krótkie spodenki i koszulki, a Asia nawet w sukienkę. Bardzo
promocyjne ceny na niektóre artykuły konsumpcyjne + romantyczne spacery po
wyspie bardzo wszystkim odpowiadały. Wiesiek dał wreszcie upust swojej żyłce
fotografa. Zdjęcia które zrobił na Helgolandzie są na prawdę fantastyczne.
Kilka z nich możecie sami zobaczyć na tej stronce (Helgoland
w obiektywie Wieśka Sawickiego). Niestety, czas nas gonił. W międzyczasie z
klubu nadeszła informacja, że następna załoga ma kłopoty organizacyjne i
prawdopodobnie nie wymienimy się w Kilonii, tylko musimy wracać do Świnoujścia.
No cóż, tak to już na morzu jest.
Ujście Łaby i Kanał Kiloński.
Wypłynęliśmy z Helgolandu wieczorem. Wyliczyliśmy godzinę tak, żeby
trafić na prąd pływowy korzystny, czyli wnoszący nas w gardziel Elby. Podejście
jest długie i mozolne, bez przerwy wyprzedzały nas duże statki. Prąd osiągał
momentami prędkość ponad 4 węzłów. Nad ranem "ćwiczebnie" a właściwie
trzeba by powiedzieć "szkoleniowo" weszliśmy do portu jachtowego w
Cuxhaven. Port ten opisywany jest w polskich podręcznikach żeglarskich jako słynący
z trudnego wejścia właśnie podczas przypływu. Wejście było dosyć ciekawe, ale
bezproblemowe dla naszej "Panoramy". Stanęliśmy dosłownie na
papieroska i dalej w drogę. Do śluzy weszliśmy "z marszu" i już po
kilku minutach śluzowania byliśmy w kanale. kanał Kiloński to piękna budowla
hydro inżynierska.
Znowu Bałtyk. Pieśń powrotu.
Zatoka Kilońska to już Bałtyk. Przywitał nas piękną pogodą i
mrowiem jachtów większych i całkiem malutkich. Nic dziwnego, za kilka dni
zaczyna się Kiler Woche i wszystko co ma żagiel płynie do Kilonii na wielkie żeglarskie
święto. Nam jednak pozostało niewiele czasu i po uzupełnieniu zapasów i krótkim
spacerze po centrum Kilonii, wieczorem wypłynęliśmy na Bałtyk.
Rejs był fantastyczny, załoga na medal, trasa też niczego sobie.
Myslę, że rejs spełnił oczekiwania. Zawiązały się nowe przyjaźnie, niektóre,
mam nadzieje, na długi czas.
Dziękuję Wieskowi Sawickiemu za udostępnienie zdjęć z rejsu.
Robert Chorążewski

A to autor powyższego textu
wraz z nieodłączną gitarą. Fot. Wiesław Sawicki