Rejs na s/y PANORAMA 7-21 września 2002r.

relacja jest upublicznioną korespondencją, która rodziła się z pamięci przez dwa jesienne tygodnie

Dzień pierwszy

Więc piszę... (mieć należy na uwadze, że minął już od rejsu blisko miesiąc...ale może nie powinienem tego podkreślać)

       A było to tak... (erste Teil)

   Na moment przed rejsem okazało się, że z przyczyn obiektywnych zabraknie nam jednego członka załogi- koleżance Oli K wypadł niestety termin poprawki z anatomii 16.09. W tydzien nie udało się znaleźć zastępstwa... a podobno Agata Kurto się namyślała... ale nie dojechała do nas :(
   Wesoło było już na dworcu. Szajka zbierała się sprawnie, rozdawane były rejsowe bluzy (szare, rozpinane, z kapturem, z tyłu żaglowiec i napis Wrocław, z przodu "I am sailing"). I nawet pan kapitan był uprzejmy dotrzeć na czas. Jurek naturalnie był cały obładowany- torba z ciuchami, torba ze sprzętem rozmaitem, zwój map i nieodzowny zielony plecaczek na tyłach. A teraz gwóźdź programu! Jerzy spoglądając na nas, zdał sobie sprawę, że nie wziął bardzo istotnego elementu wyposażenia- śpiworka ;) No śmiechu było co niemiara...
   Podróż przebiegła w miarę ok. Chociaż na peronie zanosiło się na ładnych parę godzin na stojaka... Miejsca się znalazły!
   I wreszcie wysiedliśmy w Świnoujściu- kierunek taryfa. Zainstalowaliśmy tobołki (i captaina) do poldoneza taxi i na "prom". Panorama była zaparkowana przy Władka the 4th. Udaliśmy się tam i zalegliśmy celem porozkoszowania się niczym. A Jurek pobrał kompiuter i ukrył się w jakiejś knajpie celem popracowania nad przykrym obowiązkiem, związanym z... kpt. ż. w. J. Sydowem...
   Potem przedstawiciele poszli rozpoznać sklepy, a Master, Rudy i ja zostaliśmy. Pan Szczerba w końcu zdecydował się sprzedać nam Panoramę, toteż i weszliśmy z Jurkiem na jacht- ale się nagle zrobiłem ważny ;) (chyba z 10 cm urosłem...) Posprawdzaliśmy to i owo... podpis, pieczątka, uścisk, piwko, uścisk i nara- Panorama nasza!!!
   No akcja sklep to w ogóle osobna historia... Nie bardzo było wiadomo jak się zabrać z supermarketu z tymi tobołami. I jakoś tak kolektywnie zdecydowaliśmy, że trzeba "pożyczyć' na jakąś chwilunię parę (chyba 6 lub 7) wózków. I tak konwój wyjechał półlegalnie tylnymi drzwiami "super"marketu. Najlepsze jednak było na ulicy! Szczęśliwie do jachtu mieliśmy może ze 300m... Pierwsze przejście dla pieszych- ludzie patrzą jak na przybyszy z innej planety. A my mamy ubaw po pachy. Zielone! I w drogę- zeskok z krawężnika i potem do samej kei już po ulicy- turkot, stukot, śmiechy- bomba. Jurek też mało nie umarł ze śmiechu, zobaczywszy kawalkadę wozów sklepowych podjeżdżających pod jacht...
   Delegacja w celu obadania warunków tankowania (moja fucha). Oczywiście nie można podejść tak, żeby zatankować normalnie...ale o tym zaraz. Wracam na jacht- Jurek prowadzi szkolenie z buchtowania cumy na dziobie! No może na morzu było tylko 3 z nas (przyczym ja aż 1), ale przeca Ci ludzie już parę razy przeorali Mazury! Zagadka nieodgadniona do dzisiaj... Potem były manewry odchodzenia i podchodzenia obiema burtami do kei, czyli kto, co, gdzie i kiedy- akurat słuszne posunięcie (powiedział słynny ż.j. JK- acha JK czyli Jakub Kolanek ;) poza tym Jurek jest JAK). Jeszcze tylko Jurek naprawił lampę na dziobie- no było trochę zabawy, i pojechaliśmy w okolice stacji CPN. W okolice to dobre określenie, ponieważ pod samą stacją nie ma za bardzo miejsca na zaparkowanie- jakieś holowniki i takie tam. Ale to bez większego znaczenia, bo i tak nie ma tam węża żeby łódkę zatankować. A operację tę wykonuje się za pomocą 200l beczółki zamontowanej na wózku wielkości dużego wózka w makro- podjeżdzasz pod dystrybutor, pan ze stacji odkręca od beczki wąż, z którego oblewa paliwem pół stacji, następuje tankowanie, przykręcenie węża, kasa, i w drogę. O tym żeby połączyć stację z keją dróżką bez krawężników też nikt nie pomyślał- ale co to dla Oli, Jurka i Kuby- my nie damy rady !(?)! Jacht tankujemy poprzez zatknięcie węża we właściwym otworze i przechylenie beczki (pamiętać należy o odkręceniu zaworu odpowietrzającego). Beczka się kiwa, wydaje dziwne dzwięki... znów można umrzeć ze śmiechu!
   Potem spłynęliśmy do tzw. Mariny Północnej... Ale nie ma chop siup! Płyniemy w stronę wyjścia szukając owej mariny i nic. Ciemno, głucho (co to będzie? ;)) I jest znak (znaczek). Skręciliśmy w prawo... sonda pokazuje coś koło 3... pyr pyr pyr- mikro na przód. Oczywiście ciemno! trochę głebiej.. i jest marina. W budkach kible, prysznice- kulturalnie!... I pierwsze zmagania z alkoholem ;) Przyzwoite naturalnie...

End of the Day One...

Dzień drugi

ERRATA do "Day One"
jest: "Skręciliśmy w prawo..."
powinno być: "Skręciliśmy w lewo..."

Zweiter Tag

   ...i nastała niespodziewanie niedziela. W końcu trza było się położyć do wyczekiwanych przez rok koi. Z przyjemnością udałem się do kabiny rufowej i złożyłem swą osobę do trumienki na lewej burcie!!! Co za wspaniałe miejsce- mógłbym się spokojnie przyzwyczaić... ale tym czasem wykorzystywałem taki nie inny skład kadry ;) No koniec końców zostałem watch leader, jak się wyraził Jurek (oficerską miałem niekłamaną przyjemność dzielić z Paniami Olą M oraz Joanną W).
   Pobudka! Bez nadmiernego zrywu... prysznic, śniadanko, podjazd do tankowania wody i popyrkaliśmy na odprawę... Formalności- 10 minut i... "Żegnaj nam, dostojny stary pooorcie..." Wieje delikatnie i z przyzwoitego kierunku, humory dopisują, Ma(j)ster zaordynował po piweczku- wreszcie pachnie wodą, wszystkie duperele zostały za rufą, jest tylko ten mały świat!!!!!!!!!!
   Obraliśmy kurs na Roenne. Pogoda jak na start idealna. Słoneczko tak dawało, że można było spokojnie się opalać- nawet pozostawałem przez jakiś czas bez koszulki ;) w samych krótkich spodenkach! I tak się bujaliśmy i bujaliśmy... Oczywiście music on deck, cmap odpalony, telefony tracą zasięg- hehe. I taka sielana do wieczora. Trochę się potem rozwiało, ale mimo to jechaliśmy na dużej genowefie... Naturalnie narodził się prezes. Nie byłem to ja, ale kto też nie powiem ;) (chociaż to przeca żadna ujma). W sumie trudno było na pierwszy rzut oka ocenić kto wygra tę konkurencję, ponieważ "wywnętrzających" się było ostatecznie pięcioro. Ale dośc o tym!
   W doskonałych humorach... przepraszam. Nie jestem upoważniony do zabierania głosu w imieniu mojej wachty! Więc (wiem- tak się nie zaczyna) w doskonałym humorze przekazałem (skoro już jestem kierownikiem 3 osobowej ekipy i trzymam dyszel na tych odjazdowych falach pod gwiazdami) o 0000 ster Jurkowi! (nie chciałem się wypowiadać za ogół wachty II ponieważ tylko mnie szcześliwie nie mieszało w trzewiach) I tak, kołysząc się w świetle księżyca, dopłynęliśmy do poniedziałku...

   End of the Day Two

PS1: Proszę mi wybaczyć lekko haotyczny styl wypowiedzi, ale radość zaćmiewa mi umysł na wspomnienie rejsu...
PS2: No dzień drugi jest krótki, ale postanowiłem (troszkę wskutek "Re: Day One") uprzyjemnić Ci ostatnią prostą pracy moimi wypocinami.
PS3: Chyba jeszcze nie wymieniłem dla jasności uczestników akcji... Zatem (in order of functions & kojami od rufy): JAK- master of disaster (jak mawiał HH ;)) i zarazem watch leader III; Ola M (zwana Officer Morisson, ew. Kobieta o żelaznym żołądku)- watch leader I, p.o. I oficer, p.o. II oficer; Asia (I), Kasia (ew. Sturmbahnfuehrer)(I); Saracen (ew. Marcin)(II); Rudy (ew. Rudość, Paweł)(II); Marta (III), Pawełek (III); JK- watch leader II, p.o. III oficer, p.o. asystent Officer Morisson. Jak to rozjaśniło sytuację... ;)
PS4: Dopuszczalnym jest formułowanie pytań i domaganie się wyjaśnień, ew. rozwinięć. Czy owe wnioski doczekają się pozytywnego rozpatrzenia... to już inna sprawa.
PS5: Pozdrawiam

Dzień trzeci

Dobra Noc!

      Najsamprzód wyjaśnienia i wykręty:

...

back 2 s/y Panorama

-najpierw ponton- mieliśmy tylko taki składany- był w beczce na sznurku- pewnie zwróciłaś kiedyś na niego uwagę- leży na nadbudówce nad oficerską... Podobno otwiera się go w jakiś szczególnych okolicznościach, których lepiej unikać.
-(właśnie chciałem spreparować dla Ciebie nowe zdjęcie kapitana JAK'a, bo poprzednie mi sie skićkało w obróbce i właśnie komputer mnie spytał: "Czy napewno chcesz umieścić 'Jurek' w Koszu?"... Może to nie ładnie... ale wybuchnąłem śmiechem...)
-a o to na życzenie i ekipa:
Kasia, Rudy, Saracen, Ola, Asia, Marta, Pawełek
Od lewej;
Kasia Szłapa (Sturmbahnfuehrer- czemu, to osobna historia),
Rudy (te czarne kłaki to farba!) czyli Paweł Wysocki,
Marcin "Saracen" Latosiński,
Ola Morisson,
Asia Wysocka (siostrzyca Rudego),
Marta- nazwiska nie znam do dzisiaj, chociaż wraz z Pawełkiem są moimi sąsiadami z ulicy ;)
Pawełek- Paweł Woroszczuk.
Jurek pisze odwołanie, więc Go nie ma,
A mnie nie widać bo jakoś głupio stanąłem nie po tej stronie aparatu... ;)

-a co do zdjęcia Jurka... Tak mu było z nami dobrze (ad. Day Two- tuż po wyjściu ze Świnkowa):
Jurek


Najwyższy czas przejść do tematu...


Day Three


   O 0000 Jurek i Jego kompania (Pawełek i Martucha) przejęli stery, a wachta II mogła się udać na spoczynek. W przypadku moich panów z wachty było to zbawienne- jeszcze się nie zaaklimatyzowali- dobra... wiało 4 i jechaliśmy po jakichś kocich łbach więc trzymałem ster, jako stary... raz już byłem na morzu! I miałem zajęcie- więc uśmiech na twarzy! Zatem chop do kojki i... za 3 godziny ktoś mnie szarpie za śpiwór! "Jak ja Cie zaraz... Słucham Jurku, w czym mogę pomóc?" I okazało się, że dopłynęliśmy do Roenne: żagle weg i maszynka mała na przód. Zaparkowaliśmy... bez sakramentalnego "Tak stoimy" ale skutecznie i bezpiecznie. I potem naturalnie herbatka- z rumem i picytryką. Co za rozkosz... Następnie: Gute Nacht!
   Jak się później okazało... zgodnie z tradycją, nie zerwaliśmy się o świcie. Zawtrak, pierwsze kontakty z prysznicem na żetony (trzeba było kupić takowe za 5 korun w sklepiku) i w miasto! Jurek nam nie towarzyszył, bo jak wspomniałem pod ryc. 1, brał się do odwołania... Połaziliśmy po owym Roenne... zrobiliśmy trochę zdjęć i zrobiliśmy wielkie gały jak obejrzeliśmy cennik piwek w barze! Co za naród! Ale okazało się, że za 1,9 pierdolnikos można nabyć piweczko w sklepie- obaliliśmy na ławeczce (jest pod załogą na zdjęciu 1- owa ławka). No i jescze jedna rewelacja!!! Namierzyliśmy w sportowym śpiworek dla pana kapitana- nawet mu się podobał. W drodze powrotnej utworzyliśmy szyk przedszkolny (pamiętaj, że wszyscy mieli bluzy rejsowe...) czyli parki, i ze śpiewem na ustach przybyliśmy pod Panorame. Jurek wyszedł zaskoczony na pokład i... umarł ze śmiechu! Jeszcze Saracen zaordynował: "Na cześć kapitana!! Hip hip..." itd. Nastąpiło totalne rozbrojenie JAK'a... (zaczynają mi uciekać fakty...) już wiem!
   Po obiadku spakowaliśmy manatki i good bye Roenne! Kurs na Hammerhavnen- czy jakoś tak... (nie piszę gdzie to, żeby nie urazić...) Przy w miarę kulturalnych warunkach pohalsowaliśmy. I już widać główki tego malowniczego porciku, (ale jeszcze kawałek) a Jurek bierze się za odbijacz i coś tam supła... Zapytujemy Go z Officer Morisson wciom diela, ale tylko się szyderczo uśmiechnął i wyprosił z pokładu ów odbijacz, obwieszczając nader spokojnym głosem: "Człowiek za burtą..." Myślałem, że w ramach żartów podjedziemy na silniku ;) Nie! Podejście na żaglach, jak Pan Neptun (ew. Posejdon) przykazał...
   I weszliśmy do portu. No bardzo urocze miejsce... Tylko czemu tyle tych plastikowych zabawek tu stoi? Czy oni nie widzieli, że dziś tu zawita s/y Panorama? No więc stanęliśmy long side do przykrótkiej części kei, nasupłaliśmy wszelkich możliwych zabezpieczeń i... chyba piwo strzeliliśmy ;) Oczywiście kolacja... i czas na śpiewy na pokładzie słonecznym w blasku księżyca. Wyobraź sobie, że niemiaszki przyszły w bezpośrednie pobliże łódki i siedziały na kei z gitarą wyglądając jak "Zaproście nas na pokład- też byśmy pośpiewali". Jurek spostrzegł ów fakt i dyskretnie przedyskutowawszy to z nami, zaprosił niemieckich żeglarzy do wejścia na Panorame (ale tylko na ławeczke z tyłu ;)) Śpiewy, gitary (nawet coś zespołowo się dało- Marta jest wirtuozem gitary z papierami), drobne uszczuplenie bialej pani... Oooops chyba wkroczylem na teren dnia czwartego....

End of the Day Three


   Pozdrawiam


PS: Na zdjęciu: Jachy najbardziej po lewej to Panorama. Stoi long side lewą burtą do kei... A noc spędziliśmy burtą do końcówki tego L jakie tworzy keja...Straszne skróty są na tym zdjęciu- myślałem, że lepiej odda tragizm (komizm) sytuacji...
Panorama w Hamerhavnen


Dzień czwarty


   Day Four

   Znowu następny dzionek zastał nas przy imprezie. Jak zwykle zachowywaliśmy się przyzwoicie...
   I przybył do nas pan wtorek. Przedyskutowaliśmy rozmaite opcje i zdecydowaliśmy, że przestawiamy do rogu maszynę, lecimy obadać zamek i potem w droge! tak też się stało. Na cumach, szpringach itp. przejechaliśmy do kornera, założyliśmy ochronkowe bluzy (Jerzyk łoił, że wyglądamy jak dzieci z ochronki- ale sam tez nosił ;)) i do lasu.
   Spacerek oczywiście na czuja- czyt. chcąc niechcąc wylądowaliśmy po drodze na Hammerhus na terenie jakiegoś ośrodka wypoczynkowego... i na polu (nawet 2 furtki na pole były). Dostaliśmy się do drogi i po paru krokach ukazał się cel wycieczki:
Hamerhus
   Kiedyś to to musiało całkiem ciekawie wyglądać. Na takiej ładnej górce i w ogóle.
   Pokręciliśmy się trochę po tej ruinie. Udało się nawet zrobić zdjęcie pani w stroju z czasów świetności zamtuza (podaruję Ci tę fotkę). I udaliśmy się spowrotem na łódkę. (?) Szczególnie, że kontenplację zakłucała wycieczka młodzieży niskowiekowej, gadająca w jakimś niechrześcijańskim języku.
   O umówionej godzinie przybyliśmy na pokład. Przeprowadziliśmy składanie tego co było do poskładania, Rudy ogarną bakistę rufową (chwała mu za to), a w miedzyczasie Jurek popracował nad tym nieszczęsnym odwołaniem do US. I tak po wykonaniu mniej lub bardziej koniecznych prac przysposobilismy się do odejścia...- i odeszliśmy od kei (czy to było koło 1500- nie wiem, chyba za późno)...
   Kierunek Christianso! Pokiwaliśmy się troszkę, uważając by nie puknąć w promik pojawiający się chyba 2 razy na dzień na trasie Borholm- Christianso. I koło 1830 już wchodziliśmy w tę szczelinkę miedzy dwoma zasadniczymi składnikami tego zjawiska. Wszyscy oniemieliśmy na widok tego miejsca (no może za wyjątkiem kierownika). Nieamowite- jak jakaś zaczarowana kraina w podprzestrzeni...
   Że właśnie wypadała wachta kambuzowa Jurka, byliśmy bardzo ciekawi co Maestro zapoda na kolację. Ale o tym zaraz... W czasie gdy wachta III montowała jadło wybraliśmy się w 4 na rekonesans baśniowej wyspy. Było już dosyć ciemno, ale zdjęcia robiłem... Znaczy, robiłem...ale dopiero po 3 przypomniałem sobie dokładnie, jak się posługiwać lampą błyskową ;) i wyszło takie cuś:
Wachta I
Kaziu zobaczywszy to zdjęcie spytał czemu nie wzieliśmy tego eksponatu na Panoramę... No nie wypadało. Poza tym, na tak małej powierzchni wyśledziliby nas w 10 minut ;(

   Zwiedziliśmy z dziewczynami lewą wyspę- łącznie ze śmiesznym przystankiem promowym wyglądającym jak budka pks (tyle, że nad wodą)... ;)
   I przybyliśmy na kolację. Jurek i jego kompanieros przyrządzili jajka z majonezem i różniste duperele- no bardzo ładnie to wyszło (brawo dla pana kapitana i jego dzielnej wachty!) Opchaliśmy się odpowiednio... potem nastąpiło rytualne wyjście na szlunia i... rekonesans no. 2. Ale wracając do szlunia i bajerki na pokładzie... Jurek instruoawał nas, że najlepsze przepisy na ciasto francuzkie jest w książce "Fizjologia Smaku" Athelme Brillant Savarin (może masz przypadkiem to cudo?):
Kapitan zabawia damy
(jak już wiem jak pomniejszyć zdjęcie tak, by się nadało do netu, to będę męczył na potęgę ;))

   I po szluniu ekipa uderzeniowa poszła na rekonesans 2 (na czele z Jurkiem). Po co nam latarka- przeca na takiej małej wyspie nie bardzo można gdzieś zbłądzić. I faktycznie nie zbłądziliśmy. Zaliczyliśmy po ciemku wejście na fortyfikacje, spacer po jakiejś krzywej łące, armaty...czego tam nie było... Przewietrzeni spacerkiem, tym razem chyba udaliśmy się do wyrek bez wspomagaczy... ale nie będę się zarzekał :)

End of the Day Four

Dzień piąty


Day Five

   Wyjątkowo powstaliśmy z wyrek bez ociągania. Śniadanko i omówienie strategii. Ustalilismy, że idziemy po jasnemu zwiedzić wyspy, a potem spadamy bo na nasze miejsce ma przyjść jakiś ship, a poza tym czas do Szwecji...
Panorama na Christianso Mostek na Christianso    I poszliśmy na zwiedzanie. Taaa.... W tym miejscu można się zakochać od pierwszego wejrzenia. Małe domeczki, 300 mieszkańców, trochę kamieni... sielanka maxymalna. Niezwykle wesołym było dotarcie do miejsca, które nawiedziliśmy wczoraj po ciemku. Jak to się stało, że nikt się nie wywrócił łamiąc przy tym kończynę... jesteśmy nieźli! ;)
   Ciekawe, jak wygląda owe Christianso podczas zimowego sztormu.
   Wróciliśmy za jakiś czas na Panoramke, przysposobiliśmy Ją do odejścia i... "Znów mnie wzywa szlak..." Wyszliśmy chyba po 1100 i skręciliśmy w lewo celem ataku na Karlskronę. Ładnie sobie podmuchiwało! Chyba nawet nie zakładaliśmy gieni, tylko od razu kliwerka. A przy pieknym słońcu, bywało tak, że fala wierzchołkiem sięgała dobrze ponad moją głowę. Dodam, że w momencie obserwacji stałem za sterem, trzymając obie nogi na przeciwległych ławkach w kokpicie! Ale była jazda! Jakoś nie mogę sobie przypomnieć czy to wtedy wypadała nasza wachta kuchenna... Nie! Jak Jurek robił kolację, to i obiad mu się należał- ok ;) Tak więc płynęliśmy po sporych górkach, a słońce opalało nam twarze i sztormiaczki- humory dopisywały bardzo!
   I tak się kołysaliśmy do wieczora, którym to wieczorem było bardzo wesoło bo włączyło nam się śpiewanie. I pojechaliśmy przez polskie przeboje, piosenki dla dzieci i różne inne. Po malutkiej naradzie postanowiliśmy odpuścić sobie "Jurek ogórek, kiełbasa i sznurek" :)
   Płynąc wzdłóż szwedzkiego brzegu nadeszła godzina 0000 i Master przejął ode mnie maszynę...

End of the Day Five


PS: Jeszcze parę fotek spacerowych...

Panorama z drugiej wyspy
Panorama z drugiej wyspy
 

Saracen na spacerku
A propos zieloności...
(w środku zdjęcia jest Saracen ;) )

Ooooops...
Że też się musiał aparat przechylić
  na samowyzwalaczu...

Dwie wyspy
Kompanki..., a w tle brzeg Borholmu
 

Kasia i ja
I pomiędzy domeczkami...

Do jutra! ;)

Dzień szósty


Day Six

   I tak kiwaliśmy się jeszcze przez godzinkę, wypatrując już czerwono białej bojki. I jest. Koło 0100 dotarliśmy do wesoło mrugającej i kiwającej się na wodzie "bezpiecznej wody". Zapuściliśmy katarynę: Ge(K),G,Be dół i kierunek Carlskrona. Na okoliczność wchodzenia pomiędzy te szwedzkie wysepki został nawet odpalony radar, który znakomicie ułatwiał orientację w terenie. Nastawiali tam multum rozmaitych wysp, bojek i latarni, które na tle świateł miasteczka zdają się być podobne zupełnie do niczego ;) Ale wkroczyliśmy w owe pole minowe dziarsko. Od bojki do bojki, z sektora do sektora... I wreszcie wjazd pod marinę! W sumie poco dawać tu oświetlone bojki skoro keje już są na wyciągnięcie ręki. I tak pyrkaliśmy pomiędzy lichymi bojami i tyczkami, czujnie obserwując sondę (bo przeca tam plytko). I nagle wynurzyła się z ciemności tyczka, nie po tej stronie co trzeba! Wstecz!!! Odwinęliśmy spowrotem na ścieżkę i na grubość lakieru wzięlismy tykę od właściwej strony.
   Trudno powiedzieć czemu, ale tym razem wynikły nam jakieś nieoczekiwane trudności z zaparkowaniem... Nie wiem czy to z powodu późnej pory czy jak... W każdym bądz razie były jakieś tam poprawki, ale ostatecznie koło 0230 zaparkowaliśmy jak się należy. Oczywiście herba! I lulu. No może nie wszyscy. Jakoś tak wyszło, ;) że Kuba i Ola wybrali się na rekonesans do miasta, a po powrocie jeszcze mieli niecierpiące zwłoki sprawy do omówienia na ławeczce rufowej... I tak jakoś się 0600 zrobiła. Udaliśmy się zatem do naszego pokoju i złożyliśmy zewnętrzne powłoki do właściwych trumienek, a duch nareszcie mógł ulecieć w nieznane (nie na długo).
   Juz nie pamiętam, o której się zwlekliśmy z kojek. Ale raczej nie był to środek nocy... (jak to było) Zdaje się, że po śniadaniu Jerzyk zaordynował porządki i zabraliśmy się do mycia rozmaitych elemetów naszego mikrokosmosu. Ola z Pawełkiem dziarsko przystąpili do kąpania Genowefy, która składana na kei na Christianso, ubrudziła się jakimiś smarami czy innym g... czy czymś innym. Wnioskować należy, że owo zadanie bardzo im przypadło do gustu:
Morissonka i Pawełek

Oczywiście cała Panorama była kąpana, chociaż nie wszyscy zaangażowali się w równym stopniu ;)
Pranie w Karslkronie Ktoś musi zarządzać sprzątaniem... ;)

   Zdaję się, że po pieszczeniu jachtu, sami się udaliśmy do łazienki celem zarzycia rozkoszy cielesnych ;) Co tu dużo gadać- i kiblem nie buja (mało istotne) i prysznic można wżiąc! I nawet nie trzeba wrzucać koronek- absolutely free, tylko że od do- chyba po 1500 zawrzeno! Nawet sobie nie przypominam, żeby ktoś tam od nas chciał opłate portową...
   I ruszyliśmy w miasto (bez Jurka- odwołanie do Urzędu Skarbowego). Master nadał nam morskie muzeum jako warte zobaczenia. No i mieliśmy mu wynaleźć dostęp do netu...
   Szliśmy, szliśmy- internet namierzyliśmy i do muzem trafiliśmy. Więc wchodzimy do środka- no żadna rewelacja, ale zobaczymy dalej. Pakupili biliety i oglądamy. Oglądamy... akcentów żeglarskich jakoś niewiele, ale już sporo wiemy o okolicy i kulturze regionu... Kartki kupiliśmy i wyszliśmy. I już nie pamiętam jak, ale wykoncypowaliśmy, że to chyba nie było to muzeum i że już nawet wiemy o jakie chodziło ;) No to poszliśmy... Właściwe muzeum zrobiło wrażenie... "no ładne cacko". Mam nadzieję, że uda Ci się odkodować wpis do księgi pamiątkowej... (niestety nie- więc pomniejszyłem ;))
Nasz ślad w muzeum
A było napisane: "Wiedzeni chęcią poznania, niewąpliwie bogatej historii naszych północnych sąsiadów, przybyliśmy tu aby poszerzyć horyzonty. Będąc żeglarzami, jesteśmy zmuszeni uchylić czoła przed techniką i osiągnięciami Szwedów. Dzielna załoga s/y Panorama:....... (Kapitan Jerzy A. Kosz nieobecny ponieważ pisze odwołanie)" ;)

   Nie wiem czy rzucił Ci się w uszy lub oczy zwrot "uchylić czoła"... Taka się zrobiła kaczka drukarska w trakcie przepisywania na czysto do tej zacnej księgi... Śmiechu było z tym co niemiara, ale najważniejsze jest to, że owo zdarzenie zaowocowało wypracowaniem neologizmu gestykulacyjnego: chodzi mianowicie o przystawienie dłoni do czoła nadgarstkiem (wewnętrzną stroną do czaszki) i następnie odchylenie śródręcza i palców ;)

   W drodze powrotnej z muzeum minęła nas policja. Potem znowu nas minęła, ale z innego kierunku... Stop, cofanko i Guten Tag. Zatrzymali się tuż przy nas, otworzyły się z tyłu drzwi, a z przednich wyskoczył blond mięśniak i zaczął jakiś bajer w dziwnym języku. Wyczekaliśmy z uśmiechem na twarzy aż zrobi większą przerwę na oddech i grzecznie go poprosiliśmy, co by przełączył się na angielski. Chłopiec się usmiechnął i zaczął od nowa, ale 3 razy wolniej. Jak już nas wypytał skąd dokąd jak i po co... powiedział "Have a nice day" i policja zniknęła równie szybko co się pojawiła.
   W między czasie Jerzyk miał odwiedziny jakiegoś człowieka, co to jest Polakiem, ale żyje w Szwecji i planuje z bratem rejs Round the World... Ale o to musisz wybadać Jurka. Zdaje się, że rozmowę z tym panem zakończył życząc mu dużo szczęścia, bo na swoje doświadczenie i wiedzę fachową chyba nie mógł liczyć...
   Po wycieczce dotarliśmy na łódkę, z której captain już się wybierał do internetu (został przez nas powiadomiony via esesman gdzie szukać sieci). Powiedział, że postara się szybko i... kolacja zrobiona, esemes z ostrzeżeniem o spóźnieniu już stracił datę ważności, a Jurka jak nie było tak nie ma. Już dostajemy głupawki... W końcu stwierdziliśmy, że trzeba zrobić własnego Jurka skoro oryginał się gdzieś zawieruszył ;) I tak z kapitańskiej przywędrowały kaloszki HL, spodnie, (1 żagiel sztormowy z dziobu), bluza ochronkowa, kurtka HL, (czajnik z kambuza), jakaś koszulka, czapka, rękawiczki, szlug (i okulary słoneczne). I tak postroili my kapitana i usadowili na właściwym miejscu za stołem w messie. Nie powiedział do nas smacznego, więc i nie zaczęliśmy jeść. No więc narodziła się 2 koncepcja, co by siebie przystroić podobnie, jak sztucznego jurka. Wskoczyliśmy w ochronkowe bluzy, wzięliśmy koszulki, które nałożone na głowe miały zasłaniać twarze i przygotowaliśmy parę szlugów. Nadszedł Jurek a wtedy wszyscy nałożyli na twarze koszulki, powtykali pety i... Jerzyk zastał bandę manekinów przy zastawionym stole. Zaczął delikatnie umierać ze śmiechu, ale spostrzegłszy swojego sobowtura (nawet brode miał z tualietnej bumagi) roześmiał się bardzo ;) Mam nadzieję, że wyjdą na kliszy Rudego zdjęcia 2 Jurków. Bo master był uprzejmy zasiąść pod ramię ze zmiennikiem i pięknie się uśmiechnąć do szklanego oka aparatu... Po rozbiórce i pysznej kolacji kalosze stały pod stołem chyba jeszcze dobę ;)
   W trakcie kolacji przybył jakiś pan kapitan i zapukał do naszych burt. Powitałem go grzecznie i powiedziałem, że nasz maestro teraz spożywa i że zapraszam za 15 minuten. Ale tymczasem Georg wychynął z zejściówki i przejął pałeczkę... Okazało się, że ów pan kapitan przybył na Solaris (nie piszę co to by Cię nie urazić ;)) Potem chłopaki zeszły do nawigacyjnej i po rozmaitych opowieściach Jurek dobił pana prezentacją bogatego wachlarza wszechobecnych elektronicznych gadżetoników z radiem, drukarką i komputrem na czele ;)
   Tego wieczoru chyba długo nie harcowaliśmy, więc i zmiana daty wypadła w momencie sennej nieświadomości....

End of the Day Six

Dzień siódmy


Day Seven

   Tym razem powstanie miało miejsce o zadziwiająco wczesnej porze, bo już chyba o siódmej. No przynajmniej kambuźniki, czyli tym razem moja wachta. Co wtedy robiliśmy do żarcia nie pamietam, ale raczej w kwestiach kulinarnych byliśmy minimalistami. Poza tym i tak nie było sensu się silić na frykaski bo konkurencja w postaci Oli i Majonezowego Króla, kasowała zawodnika w przedbiegach. Postanowiliśmy wyjść jeszcze przed śniadaniem. I tak też się stało. Nie ukrywam, że był to mój pomysł bo cały czas miałem na uwadze parcie na północ (Officer Morisson podzielała moje stanowisko). Może wadą tej sytuacji był posiłek przy muzyce diesel grota, ale... coś za coś. I tak wypyrkaliśmy spomiędzy wysepek i boji Carlskrony...
   Maxymalne żagle w górę, okulary słoneczne, krótkie spodenki i... Sztil! No to się pokiwalismy... Żagle dół, maszyna- mała naprzód. I tym sposobem kierowaliśmy się w stronę Kalmarsundu. Szczęśliwie po pewnym czasie znowu włączyli wicherek i mogliśmy zrezygnować ze współpracy z panem silnikiem na rzecz 3 białych trójkątów. Spokojniutko sobie płynęliśmy w cięśninkę.
   Wielkie wrażenie zrobiły na nas potężne stalowe wiatraki stojące w wodzie. Były zgrupowane w zespoły od 5 do chyba 10 sztuk koło siebie. Juz nie pamietam czy się poruszały, ale budziły respekt. Należy wnioskować, że to jakieś nowe przedsięwzięcie, bo Aga sobie nie przypominała takich cudów, a i na Jurkowej e-mapie też ich nie było.
   Tymczasem wiaterek się rozdmuchiwał... i sympatycznie pchaliśmy się wgłąb Kalmarsundu. Naturalnie humory wzorowe, wszystko w jak najlepszym porządeczku ;)
   I tak dokiwalismy się na wysokość Kalmaru. Było już mocno ciemno- wachta Oli (2000-0000), i z oddali wyłaniał się potężny mostek. Pewnie nie trzeba Ci opisywać bo wiesz jak to wygląda. Pochwalę się tylko, że gdzieś wyczytałem informację, że do momentu powstania połączenia Danii ze Szwecją, był to najdłuższy most w Europie- 6,5 kilometra! No chyba, że coś mi się totalnie pokrzaczyło i było zupełnie odwrotnie...
   No w każdym bądź razie, odważnie szliśmy pod pas białych lampek iluminujących konstrukcję. Dla pewności Jurek zaordyunował odpalenie kataryny. Nieśliśmy pełne żagle i wiało z właściwej strony, ale captain uznał, że just in case należy mieć w odwodzie silnik. Przejście bez zarzutu- silnik odstawiono.
    I tak pomiędzy kolejnymi lampami i w bezpośrednim towarzystwie brzegu (coś jakby Mazury by night) dopłynęliśmy do 0000 i nieprzewidywalna wachta II przejęła władzę nad urządzeniem sterowym...

End of the Day Seven

Dzień ósmy


Day Eight

   Ten pełen niespodzianek dzień, a właściwie tę dobę, rozpoczęliśmy całkiem sprawnie pomykając przez Kalmarsund, z dzielnymi Saracenem, Rudym i Kubą na dyszlu. Już pewnie się zastanawiasz, o jakich niespodziankach mowa... ;) Teraz nie pamiętam jaka była kolejność, ale załóżmy, że najpierw była przekładanka z żaglami. Czyli walimy gienie i kliwerek na sztag! W sumie niby nic szczególnego, ale troszkę kiwało i było ciemno i chłodnawo. Ale co to dla wilczycy morskiej, isn't? Śmiechowe było to, że przy stawianiu nowej szmaty odnieśliśmy wrażenie, że jest zaj... że wielka dziura jest w żaglu. Poszedł piorun po plecach... Szczęśliwie się okazało, że to tylko chochlik cieniowy i jest ok. Chyba nie muszę dodawać, że przy operacji komendę przejął Ma(j)ster... Ale to nie ostatnia pobudka tej nocy ;)
   Kolejną akcją (choć teraz mi się wydaję, że miała ona miejsce przed zmianą żagla) było "spotkanie" z latarnią. Możesz wierzyć lub nie, ale napotkaliśmy na kursie obiekt o zdumiewającym przyciąganiu. Trudno było to zidentyfikować ponieważ nic poza jachtem nie reagowało na owe oddziaływanie... Ale do rzeczy. Płynąc przez Kalmar skacze się od lampy do lampy (jak napewno wiesz). I szliśmy na kolejną lampę, wiało z lewo w ryj, a wg. mapy należało ominąć wierzę prawą burtą. No to ostrzej, ostrzej... Hmmm.... Wypadało by się kopnąć na prawy hals i trochę zyskać zapasu względem latarenki. Propozycja została krótko przedyskutowana z Jurkiem, który zmęczony nie ukrywał, że kima w nawigacyjnej (bardzo dobre miejsce- też mi się zdarzyło). I siup! Ale zwrocik się nie dokręcił i nas dmuchnęło spowrotem na lewy (ja wtedy nie sterowałem...) Poprawka, kabestan, korba, akcja... jedziemy. A tu z prawej burty wynurzają się niczym spod wody obiekty choinkowe, czyt. kupa świateł i wszelkiego tałatajstwa. No więc J uznał, że trza wracać na poprzedni hals, bo chłopaki (na choinkowcach) zdurnieją i mogą wykonywać dziwne manewry! Więc przekładanka no. 2 i jesteśmy znów na lewym halsie. Bzzzzzz........ Pojawia się tajemnicze oddziaływanie lampy... "Ok, żarty na bok!" Zawór, pstryczki elektryczki, stacyjka... Brummmm!!! I w mig przeszliśmy do właściwego sektora wielkiej betonowej pały. ;)
   W sumie po 2 akcjach wachty II Jurek chyba dalej nawigował z zamknietymi oczami, a my spokojnie prowadziliśmy Panoramę od sektora do sektora. Dziwna ta lampa... żadna inna nie generowała takiego pola, co to tak ściąga jacht...
    O 0400 pobudka szajki no. III, czyli między innymi Jurka- szkoda mi go trochę już było. A w. II do kojek ;) Z przyczyn oczywistych nie wiem co tam wachta trzecia wyczyniała nad ranem, ale koło szóstej okazało się, że jest niezbędnie potrzebne wsparcie dzielnych kombinatorów watchleadera II (Jurek własnoręcznie mnie tarmosił za śpiworek, oznajmiając uprzejmym, ale chyba nie przyjmującym sprzeciwu głosem, że konieczna jest moja obecność, bo wchodzimy do jakiejś dziury...) Naturalnie wyskoczyłem ze śpiworka... Brrrr... "Kto zgasił ogrzewanie?" Ubrałem się, porwałem za sobą Saracena i chop na pokład. Było już dosyć jasno... Nie pamiętam czy składałem grota i bezana czy już były sklarowane... W każdym bądź razie Jurek oznajmił, że chyba musimy wejść do Sandvika, bo wieje, jak cholera w morde i bardziej dryfujemy niż idziemy na północ. Ruchem spadającego liścia utrzymywaliśmy wysokość... ;) No więc na samym kliwrze silnowiatrowym zaczęliśmy odpadać kierując się do niedalekiego Sandvika. No ładnie jechaliśmy na tym bzdeciku na sztagu... i kiwało też sympatycznie. "Silnik!" Ok. Zapaliłem... kontrola... uuuu!- nie plujemy wodą!!! "Silnik weg!" Ok- zgasiłem. Jurek stwiedził, że jak bliżej podejdziemy to się odpali na najweselszy moment i zaraz odstawimy...

...CDN... musze teraz iść na impreze rodzinną. PA

Dzień ósmy c.d. i Dzień dziewiąty


Day Eight

   Kierowaliśmy się zatem w stronę wejścia na samym kliwerku. Niestety widok nie przedstawiał się nadto zachęcająco- wejście do Sandvika przypominało ucho igielne, a przypominam że wiało koło 6, fala miała koło metra, a Jurek był nie wyspany...
   Przed "główkami", a raczej główeczkami odpaliliśmy silnik i na pełnym gazie poszliśmy w wejście, waląc po drodze przedni żagiel. Żeby było weselej operację należało wykonać w skręcie w lewo, bo w przeciwnym razie mogliśmy zaparkować na prawym falochronie. I tak pełnym ogniem wpadliśmy do tego mikro portu i podjechaliśmy pod lewą, betonową keję, będącą również falochronem. I już prawie doszliśmy do kei, gdy kolejny mocny podmuch odrzucił Panoramę od nabrzeża i trza było przejść do planu B. Odkładaliśmy się na prawą burtę, a tymczasem rufa zbliżyła się do brzegu- I Saracen wyskoczył z rufy na keję. Bałem się, że Jurek nie będzie tym zachwycony, ale chyba na szczęście nie zauważył tego, a potem obecność Marcina okazała się przydatna na kei.
   Odchodziliśmy więc na prawą burtę od kei, kierując sie na środek basenu portowego. A do owego środka było bardzo blisko, a tuż za nim bojki dla jakichś plastikowych zabawek. I znowu manetka w górę i nawrót. Było to wykonane tak szybko, że Panorama widocznie się przechyliła. Napewno wiesz jaki promień skrętu ma to maleństwo- ledwo wykręciliśmy pomiędzy wszystkimi przeciwnościami... i podeszliśmy w to samo miejsce- tym razem Saracen szybko przechwycił cumy i szpringi, i staliśmy jak się należy.
   Ciśnienie trochę opadło... a było chyba koło 0700 chociaż dokładnie nie pamiętam. A tu zaraz przyjeżdża samochodzik i uprzejmy panopek informuje, że nie możemy tu stanąć bo jest to miejsce łodzi policyjnej. Oczywiście tabliczki na ten temat brak, ale nie bedziemy sie z tubylcem kłucić... I nastąpiła faza parkowania nr dwa- przestawianie na cumach Panoramy. Muszę koniecznie dodać, że drogę do miejsca postoju zagradzała ruina, która była kutrem. O dziwo kuter ów miał nadzwyczaj mnogą ilośc lin łączących z keją... Start! Jedna cuma, szpring, obijacz... I tak przez ładnych kilkanaście, a może i więcej minut przestawialiśmy łódkę. Biorąc pod uwagę wiatr i kuterek na trasie- poszło doskonale ;) I klarowanko- czyli wyjmujemy mokre materace z dziobu,, śpiwory, i części garderoby- jakoś przed akcją parkowania nie założyłm dołu od sztormiaka- ale co tam...
   Koniec końców zrobiła się 0800 i na pokładzie pojawiła się Ola z zapytaniem czemu jej nie obudziliśmy ;)))) Jakie to było słodkie. Już nie wiem czy to Ola czy Marta, zrobiła herbatkę i usiadłszy w kokpicie staraliśmy się z głupawymi uśmiechami na twarzach nie zasnąć nad opakowaniem sucharków, które wszystkim nagle przypadły do gustu...
   Miejsce, jak to określiliśmy, stanowiło modelowy przykład dziury, zasługujący na wystawienie w Sevre, gdzie pokolenia etnologów i ciekawskich mogłyby podziwiać zapomniane przez Boga miejsce. Należy oczywiście dodać, że dziura ta miała największy klasyczny wiatrak w europie... obudowany modelową dziurą ;)
   Zdaje sie, że po krótkim zapoznaniu z infrastrukturą sanitarną, udaliśmy się na spoczynek... Gdzieś chyba po 1000 czy koło 1100 nadszedł sygnał śniadania... I rozpoczęliśmy dzień w dziurze. Oczywiście prysznic za 5 pierdolnikos, nieskończone kąpanie uzębienia w słodkiej i ciepłej wodzie, kibel w którym nie kiwa... A potem... hmmm... chyba próbowaliśmy się uczyć brydża, część szajki poszła na rozpoznanie i nic nie znalazła... Nie bardzo mogę sobie przypomnieć, co wtedy robiliśmy... Chyba nic szczególnego- coś przy jachcie..., nie- było mokro i wietrznie. W każdym bądź razie Master J i Officer Morisson wpadli na pomysł przyrządzenia rybki na obiad. Sklep był na wyciągnięcie ręki- i świeże ryby. Poszli do sklepu (chyba ze 30 kroków od jachtu) i zaraz byli nazad, żeby ustalić demokratycznie jak się w niemieckim i angielskim języku nazywają poszczególne gatunki ewentualnego obiadu. I znów poszli i wrócili :) Ola nawet zbierała zamówienia, kto życzy sobie smażoną na patelni, a kto w folii z ziołami- ja nie jestem fetyszystą ryb, ale to co wjechało po niedługiej chwili na stół... Na cześć Oli! Hip hip! Hura!
   Potem chyba były rogrywki w kości i naturalnie akcja bronki & wódzia... A Jerzyk spokojnie odsypiał całonocne rozrywki, zwieńczone ostry wejściem do portu... Zdaje się, że nawet go nie budziliśmy na kolację- tak słodko chrapał...
    No byłbym zapomniał- przecież jeszcze trza było rozebrać pół messy, celem odpowietrzenia układu- operacja przebiegła bez zastrzeżeń i przyniosła oczekiwany skutek.

   Pani pozwoli, że trochę nadgonimy opowieść poprzez pominięcie Day Nine w opowieści... Czemu? Tak duło, że nie było sensu wychodzić z Sandvika. Pływanie pewnie by się ograniczyło do utrzymywania wysokości w przechyle... A naprawdę trudno mi powiedzieć, co robiliśmy którego dnia, a było tego nie za wiele do wyboru. Na zobrazowanie siły wiatru mogę tylko dorzucić, że dnia Nine Jurek przeybył do pokoju rufowego, żeby wyjąć mnie z koji, bo się cuma przetarła. Założyliśmy inną linę, podociągaliśmy pozostałe, wyrównaliśmy dwie cumy dziobowe (stąd wiało) i... nawet nie wiem czy poszliśmy spać, czy było zaraz potem śniadanie... W każdym bądź razie, Jurek uznał chyba, że jestem najbardziej odpowiednią osobą do współpracy przy "ratowaniu" Panoramy i naszego losu ;)))))

End of the Day Eight & Day Nine

Dzień dziesiąty


Day Ten

   Po dwudobowym postoju w Sandviku (zwanym również przez załogę i dzielnego kapitana-Sandwichem), wyruszyliśmy o chyba dosyć wczesnej porze. Jako, że wiatr chociaż zelżał, nadal wiał z NW, kiwaliśmy się w przechyle w poprzek Kalmarsundu. I kiwaliśmy się, i kiwaliśmy się...
   Coś mi się zdaje, że tego dnia wyjątkowo dużo spałem... Skąd ten wniosek? Otóż niewiele pamiętam z owej "10"... A przecież niemozliwe, żebyśmy tak popili porzedniego wieczoru, że amnezja sięgnęła i następnego dnia... ;)
   Zdaje się, że pogoda trochę wyluzowała... Mijaliśmy na trasie dosyć spory prom z napisem Destination Gotland- nic szczególnego... Hmmm... po drodze chyba przydechło i trochę jechaliśmy na katarynie, a trochę na żaglach...
   W każdym bądź razie do Visby dotarliśmy po ciemku... ale trudno mi powiedzieć czy to było przed północą czy też po... załóżmy, że przed. Pieknie zaparkowaliśmy w prawie pustym porcie i po drobnym rozpoznaniu... Przystąpiliśmy do potyczki z zapasami alkoholu...

End of the Day Ten

Dzień jedenasty


Day Eleven

   Tak się jakoś złożyło, że na polu walki z butelkami zostały w nocy tylko 4 osoby- co się dzieje? Czyżby duch w narodzie ginął? W każdym bądź razie, chyba do 16 w nocy symulowaliśmy rozgrywki karciane, suto zakrapiane tym co było pod ręką, i zabawialiśmy się wzajemnie gadką intelektualną... ;)
   Pobudka, śniadanie i prysznic- jak człowiek docenia to proste urządzenie, gdy w dowolnej chwili nie można się wykąpać... Potem wycieczka do miasteczka. Na pierwszy ogień poszedł sklep z pamiątkami, potem kartki... I tak dotarliśmy do "Świdnickiej"- za taką kamienną bramą. Nie pamiętam na kogo czekaliśmy, ale ów czas umilał nam widok wystawy sklepowej, zastawionej przeróżnymi trunkami- jak nie wiele do szczęścia potrzeba. Kontynuowaliśmy przechadzkę uliczkami Visby, a Jurek zapodawał jakieś wyjątki z histori tej stolicy związku hanzeatyckiego. Popętaliśmy się tu i ówdzie, by ostatecznie zaparkować na "tarasie" knajpy w rynku. Zamówiliśmy piwo Visby dla wszystkich (i sok dla Saracena- to jakaś grubsza historia) i przystąpiliśmy do konsumpcji... Znów nastąpiły igraszki intelektualne, jakieś zdjęcia i... I jurek zapłacił- pan kapitan potrafi się znaleźć- "Dzięki Master, Twoje zdrowie!" (piweczko początkowo sprawiało wrażenie zlewek po płukaniu beczki od piwa... ale jego niewątpliwą zaletą był odpowiedni tonaż procentowy... więc gdzieś po jednej trzeciej już nabrało smaku, który okazał się jeszcze wykwintniejszym, gdy rachunek trafił do kieszeni Jurka...- bardzo sympatyczny gest, bardzo).
   Następnie udaliśmy się, chyba trochę nielegalnie, do wnętrza tej nieremontowanej ruiny kościoła bez dachu. Rzuciliśmy okiem tu i tam... i wesołym krokiem skierowaliśmy się na jacht...
   Zdaje się, że potem była ta scena (kolejne sformułowanie rejsowe), w której jedliśmy obiad. A po nim: Hej ho, hej ho- do roboty by się szło! Wyjęliśmy sprzątające zabawki, rozwinęliśmy na kei wąż z dostawą wody i przystąpiliśmy do kąpania nie umytej w Karlskronie burty. Jak to zwykle ubaw był niesamowity- dziwne, ile radości może dać sprzątanie. Wydech został perfekcyjnie wyczyszczony, rdza przy falsz burcie zmyta... A jeszcze smarownice napełniliśmy- ładny zapas smaru zainstalował Turecki na rufie... ;)
   I tak nastał wieczór... Nagle wszyscy zabrali się za pisanie zaległych kartek... i po mału zaczęli się wbijać na miejsce spoczynku. Załoga w salonie rufowym też popisała to i owo i... chyba koło 2400, pomimo deszczowej aury, dwuosobowa grupa dzielnych żeglarzy udała się do niedalekiej skrzynki na listy... I wrócili za 2 godziny..., ale o tym szaaaa ;)

End of the Day Eleven

Dzień dwunasty


Day Twelve

   I znów pobudka... Śniadanko... i prysznic (?). A potem klar odejściowy i w drogę. Nie mam pojęcia która to mogła być godzina jak wypłynęliśmy... A może skłamałem z tymi śniadaniem i prysznicem... Chyba jednak tak. Bo coś mi się zdaje, że wyszliśmy bardzo wcześnie...whatever.
   Opuściliśmy Visby i skierowaliśmy dziób na południe... Tak- trzeba było już wracać, niestety. Przynajmniej tym razem sprzyjał nam wiatr- chociaż bardzo pełny baksztag nie jest chyba najszczęśliwszym kursem na Panoramie. Ale kołysaliśmy się na małej falce, było w miarę ciepło, a widmo zbliżającego się końca rejsu, szczęśliwie nie powodowało obniżenia nastroju. Z laserofonu grały szanty, Jurek siedząc na pokładzie coś tam opowiadał... i tak się snuliśmy między Gotlandią i Olandią...
   Jakoś tak się złożyło, że w pewnym momenie mieszkańcy pomieszczenia oficerskiego zebrali się na ławce rufowej i mieli chochlikowy nastrój- czyli co by tu wykombinować ;) Jako że Ola właśnie coś manipulowała przy swoim telefonie, a był odpowiedni moment na herbatkę... (chyba III musiała mieć kambuz) Wysłaliśmy do siedzącego akurat w nawigacyjnej Jurka zamówienie na 3 herbatki na rufę. Chwila niepewności... I miast herbaty przychodzi esesman od JAKa: Kambuz teraz zamknięty. Podane godziny otwarcia i że wtedy może coś da się zrobić ;) Sprytnie, co?
   Dzien upływał pod znakiem spokojnie siekanych baksztagiem mil... Minął nas po drodze jakiś promik... W sumie nic szczególnego. Jurek pod wieczór położył się spać- chyba nam trochę ufał... Albo był bardzo zmęczony... Nie. Nie miał powodu być już dziś zmęczony...
   I w takim sielankowym nastroju dopłynęliśmy do 0000...

End of the Day Twelve

Dzień trzynasty


Day Thirteen

   Trudno mi juz spamiętać kto wachtował od północy. Chyba dziewczyny... Chociaż... Nie ważne. W spokojnym baksztagu staraliśmy się kierować na Hel- był plan, żeby tam przenocować, a następnie (w piątek) uderzyć stamtąd do Gdańska. Jakoś jednak ten baksztag nas lekko kierował bardziej na zachód od wyznaczonego celu... Ale co tam- zawsze przeciez można zrobić zwrot i pojechać drugim halsem, jak należy.
   Noc upływała w sumie bez rewelacji, ale w pewnym momencie zaczęło się robić dosyć gęsto od kuterków, które nosiły światła informujące chyba o jakis nietypowych sposobach połowu. Niesposób w tym momencie nie wspomnieć, że przez cały nasz rejs prześladowały nas chorągiewki na tyczkach, które Jurek ze spokojem i stanowczością identyfikował jako sieci głębinowe- zupełnie niegroźne. Mimo wszystko staraliśmy się je mijać z większym zapasem, niż to robią narciarze w slalomie ;) I wracając do kutrów... Tak się jakoś zagęściło... Dużo różnych światełek- niestety nie wskazujących, że sobie spokojnie stoją... Nawet wyjęliśmy na chwilę kierownika z kojki. Jurek popatrzył... Ocenił sytuację okiem znawcy... Potowarzyszył nam chwilę stojąc w zejściówce... i udał się tam skąd przyszedł...
   Szczęśliwie przedarliśmy się przez obławę rybacką... i w międzyczasie nastał nowy dzień. Hmmm.... Czyżby to jednak moja była świtówka? Może... Tak mi się coś zdaje... Uraczyliśmy zapewne ekipę śniadaniem silnie turystycznym (od nazwy znanego powszechnie przysmaku). Ale co tam- już chyba przywykli do jednogwiazdkowych posiłków wachty II ;)
   Dzień zapowiadał się bardzo pogodny- w oddali jawiła się patforma wiertnicza. Niestety wiatr jakby stawał się lżejszy. Ale i tak w miarę sprawnie podążaliśmy ku Ojczyźnie. Tyle, że po drodze nastąpiły drobne zmiany w scenariuszu. Po obiedzie składającym się z puree, zapewne z sosem myśliwskim i jakąś sałatką, doszliśmy do wniosku, że nie ma się co mordować do Helu. I tak narodził się pomysł wejścia do Władkowa...
   Jak powiedział- tak też zrobił. W godzinach popołudniowych podchodziliśmy pod Polski brzeg. Widok niby swojski, jeszcze zielono sympatyczny... Ale czemu to nie np. Mariehamn... No nic. W bezpiecznej odległości przeprowadziliśmy klarowanko żagli i na silniku skierowaliśmy się do główek. Ależ tam jest ruch! Tu wychodzą trzy kutry, następny kiwa się w oczekiwaniu na wejście, radio non stop zezwala na wejście i wyjście... Ale można się zmieścić ;) Ponieważ Jurek pierwszy raz odkrywał Władysławowo wchodziliśmy bardzo ostrożnie... Same kutry... mewy... i rybą podaje. Wjechaliśmy pomiędzy betonowe keje i zaparkowane pośród nich kutry, gdzie Jurek objawił swój niezwykły talent do adaptacji w nowym środowisku. Otóż nie wiedząc gdzie się mamy przytulić, jechalismy po malutku przez basen portowy. I pośród keji objawiła się jakaś obskurna budka i przy niej człowieczek- coś na kształt... hmmm... bosmana. W każdym bądź razie, facet prezentował się średnio. I Master do niego: "Szefieee!!! Gdzie tu są keje dla jachtów?"- oczywiście dało się słyszeć nutkę wyspiarskiej flegmy... ale wszyscy zareagowaliśmy lekkim zdumieniem.... i śmiechem. Najważniejsze jednak, że wywiad przyniósł pożądany efekt i podjechaliśmy w okolice Marine CPN (nazwa- inwencja autora textu) i ukazały się nam miejsca parkingowe dla obiektów pokroju Nereusa... w porywach Nereusa II. Jurek pokiwał głową, uśmiechnął się pod wąsem i zaordynował postój long side do kei... obok stacji benzynowej i tych niegodnych miejsc postojowych dla omeg. Klar... herbatka... Wezwanie Pass Control- panowie byli zajęci jakimś większym shipem i nakazali poczekać bez oddalania się od jachtu. Oczywiście przyjęliśmy polecenie z pokorą... no może nie wszyscy. Jedna z sympatycznych uczestniczek naszej fantastycznej wypawy, uznała, że koniecznie trzeba skoczyć do sklepu po coś tam... (czy już mówiłem, że weszliśmy do Władkowa koło 1800...) Jurek przetrybił sprawę... i z ociąganiem zaaprobował decyzję, zwracając uwagę, że jeśli byłaby zapytana czemu zeszła z jachtu- należy udać, że jeszcze chwila bez toalety i byłaby katastrofa ;) Poszła... W między czasie napatoczyły się Customs Officers. Zeszli pod pokład, zasiedli w messie... Bajerka, dokumenty, opowieści (idźcie sobie już!). I w tem wraca sklepowiczka... Hop na jacht i z torbą zakupów prosto do messy i coś tam na temat artykułów zakupowych... Mnie przy tym nie było. Ale wyobrażam sobie, co się przez chwilę działo w szanownej głowie pana Kapitana... Oczywiście cała akcja nie uszła uwadze panów pograniczników... Zaczęły się żarty na temat mandatu... i w ogóle, że jakie to jest przestępstwo... Ale na żartach się skończyło ;) na szczęście... Potem chyba rytualnie walnęliśmy po piweczku i oddaliśmy się rozkoszom prysznicowania- pomieszczenie w którym były łazienki było w zagadkowym budynku i śmiesznie się tam szło.. Mimo wszystko wydostać się z niego było dużo łatwiej niż z tego ośrodka sportowego w Talinie ;)
   Po kąpielach wyszliśmy na rekonesans, mając na celu spożycie w knajpie kolacji za polskie przyzwoite pieniądze. I tak trafiliśmy do.... Hmmm......... Chłopska chata... Coś takiego. W każdym bądź razie nawet udało się zamówić odpowiednią ilość potraw i piweczka. bodajże po 20 minutach mieliśmy już swoje talerze i przystąpiliśmy do konsumpcji. No no... bardzo smaczne i niespodziewanie niedrogie. Pograliśmy jeszcze w piłkarzyki, pogadaliśmy i dowidzenia.
   "Co by tu zrobić z tak sympatcznie rozpoczętym wieczorkiem?" Większości szajki włączył się śpioch i ochota na winko w zaciszu panoramicznej messy. Jednak trzech niezłomnych muszkieterów uznało, że nie czas to i nie miejsce by oddać się w objęcia Morfeusza i... odseparowaliśmy się od pozostałej szóstki. Skoczyliśmy do takiej dużej knajpy Casablanka, gdzie ewentualnie zanosiło się wcześniej na balety. Weszliśmy do dużej sali, z wirującą pod sufitem wiejską kulą... i dęta lipa- jak mawia znany Ci świetnie kapitan DK. Na całej sali może z sześć osób- przy jedny stoliku piwopijcy,a przy drugim obsługa... Skorzystaliśmy z toalety i nara. Nie pozostało tedy nic innego, jak zaopatrzenie w całodobowym, wizyta na jachcie celem pobrania szkła laboratoryjnego (i jednego winka) i uderzenie na piaszczystą plażę południowego Bałtyku...

End of the Day Thirteen

Dzień czternasty


Day Fourteen

   Jak postanowili, tak i uczynili. Udaliśmy się do właściwego sklepiku, gdzie przez okienko w drzwiach pani expedientka sprzedała wazonik z załączonym soczkiem- bardzo dobry pomysł! Następnie skierowaliśmy się do portu, gdzie Ola dyskretnie się zachwując pobrała pozostałe elementy konieczne do wycieczki, i udaliśmy się na plażę... No całkiem przyjemna plaża... szczególnie gdy noc gwieździsta i nie jest bardzo zimno.
   Zasiedliśmy tedy na jakimś pieńku czy czymś i zaingurowaliśmy dźwiękiem otwieranego wina mniej oficjalną cześć wieczoru. Od słowa do słowa odpłynęła w dal biała dama, a w ślad za nią podążyło białe półwytrawne... Ale co se pogadaliśmy... Jak to zwykle w takich sytuacjach- o życiu ;)
   Lecz nadeszła pora, gdy rozsądek (czy nie wiem co) nakazał uderzyć spowrotem na jacht. Ja wiem która to mogła być... Może koło 0100, może 0200... whatever.
   I pobudka! Bez szczególnego pośpiechu śniadanko... jeszcze formalności portowe i w drogę. Chyba wyjechaliśmy coś koło 1000, ale głowy nie dam. I tak snuliśmy się pod pełnymi żaglami wzdłuż plaży... Czy już mówiłem, że bardzo mi sie podobało takie pływanie w niedalakiej odległości od piaszczystych plaż...- z reguły w tej sytuacji się bywało po drugiej stronie obrazka ;)
   Do końca półwyspu Helskiego był lajcik. Wiało słabo, ale mimo to posuwaliśmy w założonym kierunku. Tymczasem Ola, wraz z Paniami, knuła już pod pokładem pyszności na obiadek. Taaa... jak tylko wyjechaliśmy za tabliczkę Hel, to zaraz się zaczęło robić nierówno. A ponadto, nagle nastąpiło zagęszczenie ruchu- jakieś promy, kutry, jacht... że nie wspomnę o ciągle nas mijających kolorowych chorągiewkach na pływaczkach- szczęśliwie niepowlekliśmy żadnej za sobą. Jak juz wspomniałem, nieopodal messy powstawały rozmaite rarytaski... czyli smażone filety z indyka, puree, ze trzy rodzaje sieki warzywnej- cud miód! I tak po coraz to mniej gładkim morzu dopłynęliśmy do obiadu. Szanowna szajka na czele z kierownikiem zeszła do salonu, a tymczaem ja w takt dźwięczących sztućców starałem się nie trafić w prom, jednocześnie utrzymując lekkie przeostrzenie z uwagi na obficie zastawiony stół... I nadszedł zmiennik, a ja nura do messy... Yamie- rzuciłem się natychmiast na pyszną padlinę i wszelkie dodatki... Niestety zarówno pan wiatr, jak i zmiennik za sterem nie mieli już cierpliwości ;) do spożywających... i jak nas nie przechyli! W tym momencie brytwanka stojąca na blacie obok zlewu, z zrecznąścią Małysza, odbijając się od "krawężnika" szybuje w stronę ściany, którą się opiera w trakcie mycia naczyń... I brzdęk- najpierw o ową ścianę, a potem o podłogę i szuuuuuuuu..... czyli w poprzek messy po podłodze- Ola wystawiając szybko nogę powstrzymała pęd brytwanki! Ale skąd ów brzdęk? Hmmm... chyba jakies szklo musiało być w metalowym naczyniu- ale nigdzie nie widać okruchów! Okazało się, że talerz... a właściwie drobne wspomnienia po nietłukącym naczyniu, w całości się skryły pod lądującą do góry nogami brytwanką, która w chwili obecnej spokojnie spoczywała pod stopą Oli. Pech chciał, ze ww. talerzu były jescze pozostałości groszku z marchewką na ciepło i czegoś tam jeszcze- just imagine! Oczywiście kupa śmiechu- pod jak i na pokładzie. W końcu Ola postanowiła rozpocząć oczyszczanie messy i ja przechwyciłem stopą prawą pilnowanie brytwanki... A w tym czasie trochę się rozkiwało i na górze trwały przygotowania do zmiany genowefy na kliwerka... I chyba się trochę Master zniecierliwił, bo najwyraźniej Rudy i ja za długo się rozkoszowaliśmy obiadem... Więc ubierawszy się po drodze, wyszliśmy na deck i 3 czte ry... i walimy gienię. Poszło szybko sprawnie i powabnie...
    I tak się kiwaliśmy do wieczora po zatoce, halsując na potęgę i uważając na rozmaite shipy. Koniec końców, chyba koło 2000 dojechaliśmy do wejścia do Gdańska- silnik raz i żagle dół! I przy lekko wilgotnej i chłodnawej pogodzie rozpoczęliśmy ostatni etap podróży Panoramą. Trochę popyrkaliśmy po rzeczkach i kanałach... i w końcu dotarliśmy do (chyba) keji miejskiej Gdańska- taka po przeciwnej stronie tego słynnego... no właśnie... elewatora? Wiesz czego- duże, z czerwonej cegły i wisi po części nad wodą- jest na wszyskich pocztówkach. Telefon do Bartka (tego z Gdyni) i w związku z tym dostawa żywczyków, które niespodziewanie prędko wyparowały... ;) Poklarowaliśmy się trochę, spożyliśmy ofiarnie dostarczone piweczka, prysznic i w miasto. Bardzo uroczo wygląda Gdańsk nocą... przynajmniej ta główna ulica. Ustaliliśmy, że należało by zjeśc jakieś cywilizowane jadło i w tym celu udaliśmy się gremialnie do Sfinksa... Troche trza było poczekać, ale warto było. Całkiem sympatycznie się obżarliśmy i.... czas na balety!!! Po tułaczce pośród staromiejskich uliczek (Bartek wraz ze swoją panią już się oddalili), dotarliśmy do podziemia jakiejś knajpy i... zostaliśmy. Znaczy nie wszyscy- Jurek nie bardzo się mógł odnaleźć w klimacie, jaki oferował ów przybytek... chyba chodziło o muzykę i o panów, których temperamenty musiał za wczasu studzić ochroniarz.... :)

End of the Day Fourteen

Dzień piętnasty


Day Fifteen ;~(

   W owym tajemniczym miejscu, przepełnionym dymem i bawiącymi się ludźmi, spędziliśmy jakieś dwie godzinki. A potem grzecznie udaliśmy się na jacht...
   Pobudka okazała się nadzwyczaj dziwna... Około ósmej godziny dochodzą do nas jakies głosy z keji... Żeby z keji! A tu nie dość, że ton podniesiony, to na dodatek, jakaś persona non grata ładuje się na pokład... O do nędzy!!! Wyglądam przez luk rufowy... a to Remik, otwarcie zgłaszający dezaprobate z powodu powszechnej śpiączki: "Ale musieli wczoraj popić, że o godzinie ósmej nie sprzątają przygotowując jacht do przekazania..." Juz teraz nie wiem czy tak to dokladnie było, ale sens chyba zachowałem... Lekko sie wkurzyłem (jak się potem okazało, nie tylko mnie Remigiusz podniósł ciśnienie) i juz miałem czymś miłym poczęstowac pana kapitana, ale wyłonił się spod pokładu Jurek. I spokojnym głosem niecierpiącym sprzeciwu oznajmił Remikowi, że jacht jest przekazywany o godzinie 1200. Chyba nie musze tłumaczyć, że było to dyplomatyczne WON!!! Szczęśliwie Remiki zrozumiały i do południa nie przeszkadzały...
   Po ostudzeniu kapitana Trzaski, wszyscy się pomału zaczęli się podnosić ze swoich trumienek. Zjedliśmy śniadanie i nastąpiła chwila podziału zadań przedprzekazaniowych. Officer Morisson od razu (?) wzięła na siebie kambuz- jedna przechera z głowy, ale pozostała jeszcze kwestia kibla. Nastąpiły badawcze spojrzenia na ściany, pod nogi... Zasugerowałem, żeby "marynarzyk" rozstrzygł- zgoda. "Raz, dwa, trzy..." i odliczam. Przy piętnastu zacząłem mocno zwalniać... I końcowe dwadzieścia należało do mnie ;) Taaa..... Chciałeś losowanie, to masz ;) W sumie wyczyszczenie kingston'a to nawet nie taka straszna sprawa..., a poza tym jak się sprężysz to po na maxa 30 minutach masz całą robotę z głowy... I jestes zwolniony z pozostałych przyjemności ;)
   Jak na szczeniaczki morskie, sprzątanie szło nam nadzwyczaj sprawnie. Także koło 1200 Panorama była gotowa do oddania w ręce 10 najeźdźców. Ale mieliśmy ubaw- dziesięciu facetów i ani jednej baby!!! Biedne Remiki! Ale "sami sobie zgotowali ten los" :) Wracając do sprawy przekazania... Trzeba było ustalić formułę. Remik niczym Piłat umywa od tego ręce, zdając się na swoją kadrę oficerską: "Oficer oficerowi niech przekazuje swoją działkę". Hmmm- odrzekł Jurek. Zaraz skombinujemy officerów. I na potrzeby przekazania Jurek został 1st mate, Ola 2nd i ja 3rd. Nie ukrywam, że nie na wszystkie pytania potrafiłem odpowiedzieć, ale niektórych rzeczy musiał się kolega ode mnie dowiedzieć ;) O dziwo cała akcja przeciągnęła sie chyba do 40 minut czy nawet godziny. Ostatecznie, bez żadnych ale decydenci podpisali co należy i rozstaliśmy się w pokoju... Ale za tę pobudkę, to...!!!
   Ciężko było się rozstawać z Panoramką... oj ciężko. Po wykompaniu się w portowym łazienko-baraku (bardzo sprytny wynalazek), pozostało nam już tylko zamówić pizze i, obalając pozostałe o dziwo 2 flaszki winka, spoglądać na zasiedlanie jachtu przez nowo przybyłych. Tak też się stało. Dokonaliśmy zamówienia i po chwili wędrowaliśmy z Rudym do pobliskiej pizzerii po odbior żarcia. Wcinaliśmy na brzegu z apetytem, popijając godne trunki... i w miedzy czasie przybyła taxówka (Master sprawdził na sieci, że po 15 mamy express do Wrocławia). Zapakowaliśmy co większe manatki do poldoneza... Jurka też... i powolnym krokiem udaliśmy się w stonę dworca. Kroki nagle zaczęły się wydłużać... i przyspieszać... Okazało się, że nie do końca wiemy gdzie jest dworzec i że czasu to nie ma za wiele ;) Jak wreszcie dotarliśmy do przejscia podziemnego pod dworzec, to juz trzeba byo lekko truchtać.... Jurek się uśmiał jak zobaczył nas niosących jeszcze wino i trzy pudełka z pizzą. Porwaliśmy z ziemi nasze graty i ognia do kas. Pani starała się znaleźć nam miejsca koło siebie, a my juz nerwowo przebieraliśmy nogami, bo do pociagu było mniej niż 2 minuty. W końcu Jurek powiedział żeby dawała co jest i szybko, szybko... Zaplacił i w te pędy polecieliśmy do przejścia podziemnego na perony... No nie wszyscy byli już w przejsciu, bo np. Saracen niosący nie swój śpiworek zbierał miseczki z nierdzewki, które niespodziewanie wypadły z worka od śpiworka (?)... ;-) I zbiegliśmy na dół... Peron pierwszy czyli pewnie pierwsze wyjscie... Wybiegamy- błąd!! Jak peron pierwszy to wyjście drugie... I znów rajd do podziemia... sprint po plaskim- po schodach na góre... Jest (jeszcze) pociąg... Chop (o ile można z tym całym badziewiem się oderwać od ziemii) do środka. I... w tym momencie pociąg ruszył... Odnaleźliśmy przedziały i zainstalowaliśmy się nie bardzo zważając, kto ma bilet i gdzie jest ile miejs i których. Po uspokojeniu oddechów i wyrównaniu pulsu dopiliśmy wino i zniszczyliśmy resztę pizzy... Pewnie wesoło się przedstawialiśmy reszcie jadących pociągiem... Ale co tam- Niech wiedzą , jak się zabawia szlachta z Wrocławia... :-)

It wasn't the end of this day... but for those who were there... cruise has finished... But we gonna do it again, again and again... I'm sure...

      Watchleader JK

 


Jeszcze parę zdjęć, które się nie załapały do powyższej korespondencji:
Odprawa w Świnoujściu Spacer po Roene Uliczki Roene Zróbmy sobie w czwórkę zdjęcie- Marta Pani z przeszłości Z murów zamku na port Wachta I na Christianso Model statku w skali w muzeum w Karlskronie Marta pali szluga w Karlskronie Asia dopieszcza czajnik Pawełki Koja w przejściówce Garibaldka w Sandviku Brama w Visby Spoglądamy na Visby z góry Powszechnie znane Ruiny Zdrowie pana Kapitana! W Visby zajęliśmy się drugą burtą Czas na fotke spod salingu Asia,Ola i Rudy wiozą nas do Gdańska

tekst i zdjęcia:        Jakub Kolanek
ostatnia aktualizacja: 24.11.2004