Etap 5 (03-17.02.2005): USHUAIA - USHUAIA: Wyrywki z dziennika "El Commandante"

02.02 Po długiej podróży i kilkugodzinnym locie wylądowaliśmy w Ushuaia, które przywitało nas silnym wiatrem już na lotnisku. Niektórzy sądzili nawet, że pilot po prostu zapomniał wyłączyć silniki! Po odbiorze bagaży udaliśmy się do Hostelu "ABRA" prowadzonego przez wielce sympatycznego i uczynnego Sergio, który kolejnym załogom "Panoramy" udzielał pomocy w zaprowiantowaniu, załatwieniu formalności i tym podobnych sprawach - polecamy jego usługi wszystkim żeglarzom. Po południu odwiedziliśmy jacht i poprzednią ekipę. Już w porze obiadowej zaczęliśmy zmniejszać pogłowie argentyńskiego bydła jedząc steki oraz poznawać wyroby lokalnych warzelni piwa. Wieczorem udaliśmy się do restauracji "Volver" specjalizującej się w daniach z frutti di mare. Zamówiliśmy dwa zestawy dla dwóch osób, których nie byliśmy w stanie zmęczyć w szóstkę.

03.02 Od rana część załogi robiła zakupy żywnościowe, inni zajęli się paliwem i gazem, a ja przejmowaniem jachtu. Około 14-tej pożegnaliśmy poprzednią załogę, która odleciała na trekking w góry. Natomiast do nas dołączyła pozostała część załogi w osobach: Karmeny, Jeremiego i Pawła. Wieczorem byliśmy w restauracji na doskonałych stekach i pieczystym. Sprawdzaliśmy także jakość tutejszych win - całkiem, całkiem... Tegoż dnia część załogi udała się na lotnicze wycieczki ponad okolicami Ushuaia, a może bardziej by zdobyć certyfikaty "aviatorów".
04.02 Z powodu oczekiwania na odprawę graniczną nie udało nam się wyjść zbyt wcześnie, bo dopiero po 11-tej. Z wiatrem NW najpierw 5-7B, a później 4B popłyneliśmy szybko do Puerto Williams. Stanęliśmy w Maclavi Club, gdzie jachty cumują do wraku starego okrętu wojennego (chyba transportowca). W jego nadbudówkach mieści się tawerna o prawdziwie żeglarskie atmosferze oraz prysznice. Po sympatycznej odprawie i uzyskaniu aktualnej prognozy udaliśmy się na zwiedzanie miasteczka, co skończyło się kolacją w knajpce. Część zamówiła steki, inni kraby Centolla oraz oczywiście pieczenie z bobrów, które są tutejszą specjalnością. Co do ich smaku zdania były podzielone. Niestety czekaliśmy na dania straaaasznie długo, bo około 1-1.5 godziny.

Puerto Williams - wysunięte najbardziej na południe miasto (przez bardzo małe m) na Ziemi.

05.02 Wcześnie rano poszedłem załatwiać formalności (czyli Formulario de Zarpe) do "Capitaneri" Armada de Chile. Jak to jest tutaj w zwyczaju przeciągnęło się to ponad miarę. Uzyskałem też prognozę: Horn do 60kn, Bahia Nassau do 50kn, kanał Beagle'a 15-25kn z NW. Oznaczało to, że jeśli popłyniemy najpierw na Horn, to co prawda będziemy tam bardzo szybko niesieni pełnym sztormowym wiatrem, ale z powrotem mogą być poważne kłopoty. Tym bardziej, że poprzedniej nocy wiało na Hornie do 160kn, a w dobrze osłoniętej Calleta Martial na wyspach Wollaston niedaleko przylądka szkwały dochodziły do 60-80kn. Perspektywa była więc niezbyt optymistyczna. Postanowiłem odwrócić kolejność planu rejsu i najpierw poznać lodowce, a przylądek zostawić sobie na kilka ostatnich dni. Wyszliśmy więc z Puerto Williams i skierowaliśmy się na zachód. Pogoda była całkiem fajna i miałem nadzieję, że pod wiatr 15-25kn uda nam się pohalsować. Początki były obiecujące, ale siła wiatru zaczęła szybko rosnąć: 20, 25, 30, 35kn... Żegluga pod wiatr o sile 40 węzłów to żadna przyjemność, tym bardziej że nasze postępy były mizerne - około 1Mm wysokości na godzinę. Gdy siła szkwałów zaczęła zbliżać się do 50kn doszedłem do wniosku, że nie ma to sensu i trzeba wrócić do Puerto Williams. W czasie tej rejterady na samym foku osiągaliśmy prędkości rzędu 7-10 węzłów. Po czterech godzinach od wyjścia z Maclavi byliśmy znów w punkcie startu. Niestety nie było już dla nas miejsca w tratwie i musieliśmy stanąć na boi. Mimo to wiało solidnie, bo przez kilka godzin siła wiatru dochodziła do 30, a nawet 40kn. Oddaliśmy się więc życiu towarzyskiemu pod czujnym okiem wachty kotwicznej, gdyż trochę nami szarpało. Spożyto uroczystą kolację, którą Fred ustanowił nowe standarty kulinarne na jachcie za co został wyróżniony pochwałą przed frontem kompani. Efektem tego dnia była całkowita utrata zaufania przeze mnie do prognoz "Armada de Chile". Natomiast w ciągu kilku dni pobytu tutaj zauważyłem, że zwykle wieczorem wiatr mocno siada i tak jest do rana. Ponownie rozwiewa się mocniej około 12-14-tej i maksymalną siłę osiąga około 16-18. Takie przynajmniej miałem wrażenie. Postanowiłem więc wyruszyć skoro świt na Horn i dojść jak najdalej przy słabszym wietrze.

Przed nami droga na Horn czyli zachodnia część kanału Beagle'a.

06.02 dokładnie o 6-tej rano oddaliśmy cumy z boi poszliśmy na silniku. Około 8-mej postawiliśmy genuę, grota z dwoma refami (przy tak nieobliczalnej pogodzie jak tu, to zwykła procedura - inaczej nikt by nie nadążył z refowaniem i rozrefowywaniem żagla co chwila) i bezana. Powoli się rozwiewało i przy trójeczce z N-NW szybko pokonaliśmy Passo Picton i Passo Gore. Po drodze spotkaliśmy pierwsze stada fok i delfinów, które tańczyły wokół naszego dziobu. Około 13-tej nagle wiatr ucichł i zmienił kierunek na SW czyli praktycznie w dziób - nie zapowiadało się dobrze. Początek w Bahia Nassau nie był jeszcze zły, ale bardzo szybko wiatr stężał najpierw do 6-7B, a około 17-tej do 8-9B. Tuż po five o'cloku, przy sile wiatru czterdzieścikilka węzłów nastąpiła awaria baby-sztagu, która wyrwała mnie z koi. Natychmiastowa reakcja wachty (Leszek i Dorota) oraz pomoc Jeremiego pozwoliła na szybki demontaż sztagu i przeniesienie sztaksla na forsztag. Na początku sądziłem, że ścięło zawlęczkę gdyż sama stalówka i jej uzbrojenie były w porządku. Później okazało się, że zostało rozerwane okucie masztowe - jak sądzę sztag był od dłuższego czasu przebrany skutkiem czego zbyt mocno pracował. Tymczasem fala wypiętrzała się coraz bardziej dochodząc do około 3-4m, a piłowanie pod nią i wiatr stawało się coraz bardziej męczace. Efektem tego było to, że kolację tego dnia spożywałem jedynie w towarzystwie własnego cienia. Około 19-tej wiatr zaczął powoli siadać najpierw do 7-6, a około 22-giej do 4-5B. Z tym, że kierunek nadal pozostawał bardzo niekorzystny, co dodatkowo pogłębiała wysoka fala zwiększająca dryf.
07.02 Po północy zaczęło szybko zdychać i postanowiłem wykorzystać okazję by dopchać się jak najdalej na silniku. Pozwoliło to na szybkie nadorobienie strat z dnia poprzedniego. O świcie byliśmy już w grupie wysp Wollaston, gdzie wpłynęliśmy do Bahia Arquiastade. Tam też w prześwicie między wyspami o godzinie 0447 zaoczyliśmy światło latarni na Isla Hornos. Wiatru wciąż nie było, ale wstał wspaniały dzień (kolejny przyczynek do roli kiczu w żeglarstwie). Przeskoczyliśmy szybko Paso Al Mar Del Sur i znaleźliśmy się po północnej stronie Isla Hornos. Praktycznie do jej zachodnich krańców nie było wiatru a dopiero tam zaczęła wiać nordowa trójka. Postawiliśmy wszystkie żagle i w wymarzonych warunkach czyli baksztagowo-połówkowym wietrze, pełnym słońcu, niewysokiej fali rozpoczeliśmy trawersowanie przylądnka. Rozpoczęło się fotograficzne szaleństwo: migawki się grzały a załoga zmieniała tylko ustawienia, stroje (niektórzy nawet pokusili się o zdjęcie bluz), konfiguracje. Dokładnie o godzinie 0821LT i stanie logu 65 minęliśmy owianą złą sławą "skałę". Mimo "chorwackiej" pogody wyglądała majestatycznie i groźnie robiąc na nas wrażenie. Otworzyliśmy szampana, którego najpierw w podzięcie za łagodne nas potraktowanie polaliśmy Neptunowi i Eolowi. Później nastąpiła sesja pamiątkowych zdjęć. Zameldowaliśmy posterunkowi na Hornie, że okrążyliśmy przylądek i chcemy kotwiczyć w Calleta Leon po północno-wschodniej stronie wyspy skąd pontonem w dwóch grupach mieliśmy desantować się na samą wyspę. Niestety wiatr i fala z północy nam to uniemożliwiła - doszedłem do wniosku, że kotwiczenie na tak kapryśnym i nieobliczalnym akwenie, nad słabo trzymającym dnem, z brzegiem za rufą i bez elektrycznej windy umozliwiającej szybkie odejście było by zbyt wielkim nadużywaniem szczęścia. Z całego rejsu właśnie tego najbardziej mi żal. Skierowaliśmy się więc w drogę powrotną, którą za wyjątkiem kilku godzin, pokonaliśmy na silniku z braku wiatru, ale za to przy pięknym słoncznym i właściwie bezchmurnym niebie.

Zbliżamy się do Cabo de Hornos (w tle).

"Skała" w całej okazałości.

08.02 O 0450 stanęliśmy na boi w Puerto Williams, by rano przestawić się do burty jachtu "Pelagic Austral" specjalnie zbudowanego do antarktycznej żeglugi. Po śniadaniu rozpoczęliśmy klar jachtu i drobne naprawy, ale upał doskwierał coraz bardziej. Słońce bardzo przygrzewało, praktycznie brak wiatru, temperatura powyżej 20C. Stopniowo zaczęliśmy zmieniać ciuchy, a póżniej ściągać koszulki. Okazało się, że zgodnie z moimi zaleceniami większość ma same ciepłe ubrania, a tylko nieliczni szorty i T-shirty. Prócz tego problemem dnia stała się ochrona przed słońcem: w ruch poszły kremy z filtrem, maście ochronne, czapeczki. Niektórzy nawet dla ochłody kąpali się przy jachcie. Gdy poszedłem na posterunek marynarki załatwiać formalności i certfikaty kaphornowe (oczywiście maniana), to jeden z oficerów powiedział mi, że od czasu gdy on służy w Puerto Williams (czyli od 1995), to nie zdarzyło mu się latem chodzić tutaj w krótkim rękawku. Poważnie zaczęliśmy się martwić, że nasi znajomi uznają nasze opowieści i zdjęcia za pic i lipę, i że tak w ogóle to byliśmy w Chorwacji. Po południu jedna ekipa udała się na wycieczkę na Cerro Bandera (920m n.p.m) i niceo wyżej, gdzie po drodze spotkaliśmy turystów pieszych ze Szmulek, Włocławka i Warszawy - pozdrawiamy! Droga przez dziewiczy las z powalonymi i powyginanymi przez wiatr drzewami w tym upale była nieco uciążliwa. Podobnie zresztą jak na sam skalisty szczyt. Ale warto było - widok na kanał Beagle'a i okoliczne góry zapierający dech w piersiach. Po ponad pięciu godzinach byliśmy z powrotem na jachcie, choć nieco nadwerężeni marszem. W tym czasie druga część załogi fraternizowała się z załogą francuskiego jachtu stojącego przy naszej burcie. Polska gościnność, żywiołowość i wytrzymałość dosłownie zwaliła żabojadów z nóg. Jeszcze następnego dnia nie byli w stanie oddać cum. W tym miejscu można by zacytować słynne powiedzenie Napoleona po szarży w Somo-Sierra - poszukajcie go sami...

Las w okolicach Puerto Williams - po nim widać jak tutaj potrafi wiać.

Pamiątkowe zdjęcie z ekipą ze Szmulek. Pozdrawiamy!

W drodze na zachód.

09.02 Rano wyruszliśmy ku zachodniej części kanału Beagle'a w kierunku alei lodowców. Znów pogoda jak na te rejony niezwykła - pełne słońe, brak wiatru i praktycznie bezchmurne niebo. Całą pięćdziedziesięciokilku milową trasę pokonaliśmy na silniku wietrząc jacht, susząc ręczniki, opalając się, popijając pywko... Pełna turystyka. Dopiero w okolicach Punta Yamana zaczeło robić się chłodniej - lodowce dawały o sobie znać i trzeba było przeprosić się z polarkami. Przy Punta Divide skierowaliśmy się w Brazo Noestre czyli północne ramię kanału. W przesmyku między Punta Divide a Punta Diabla napotkaliśmy prądy o sile 2-3kn oraz pierwsze unoszące się na wodzie bryły lodu. Póżnym popołudniem zakotwiczyliśmy w Calleta Olla - podobno jednej z piękniejszych zatok w tej okolicy. Po drobnych pracach porządkowych rozpoczęliśmy przygotowania do deck-party. Maciek z Jeremim i Pablito popłynęli pontonem po "eco-ice" do drinków z palemką. W międzyczasie inni pomagali Fredowi w przygotowaniu wystawnej kolacji. Imprezka przy świecach i gitarze udała się przednie. Włoscy i Francuscy sąsiedzi chyba trochę nam zazdrościli, nie wspominając o Kangurach i Kiwi z super-jachtu - Ci z rozpaczy wlepiali wzrok w telewizor plazmowy siedząc na skórzanych kanapach i popijając drinki bez lodu z powodu zepsutej kostkarki. Brrrrr!!!
10.02 Od rana siąpiło i dzień zapowiadał się kiepsko. Po nieco późnym śniadaniu większość załogi udała się na trekking, a ja zaczełem sprawdzać radiostację. Wyprawa wymagała najpierw przepłynięcia zatoki na pontonie, przejścia wzdłuż plaży do głazu, a stamtąd w górę. W ten sposób dociera się prawie do czoła lodowca Holanda. Trekkingowcy byli świadkami cielenia się lodowca, kóremu towarzyszy huk jakby grzmot kilku błyskawic naraz. Część wspięła się nieco wyżej, ale krążące ponad głowami stado kondorów dało im do myślenia. W koncu ptaszysko o trzymetrowej rozpiętości skrzydeł krążące kilka metrów nad głową nie jest czymś normalnym. Z góry rozciągał się - mimo kiepskiej pogody - spektakularny widok na lodowiec i jego jeziora. Nad zatoką góruje nieco dramatycznie wygladający szczyt Mt. Frances o wysokości 2150m. Przemoczoną ekipę explorerów powitała na pokładzie gorąca "herbata góralska" oraz naleśniki zrobione przez Leszka. Obok "Panoramy" kotwiczył jacht Marioliny Rolfo i Giorgio Ardrizzi, autorów Patagonia & Tierra Del Fuego. Nautical Guide (http://www.capehorn-pilot.com), którzy wpisali dedykcję do posiadanego przez nas egzemplarza i udzielili wielu rad i informacji. Po wodach tych żeglują na swoim jachcie ("Saudade") od wielu lat i przyznają, że trafiliśmy na wyjątkową pogodę. W poprzednim miesiącu było zimno i cały czas lało, do tego stopnia że we wnętrzu ich jachtu zaczęły pojawiać się grzyb i pleśń. Później spotykaliśmy ich jeszcze wielokrotnie.

Kondory ponad lodowcem Holanda.

Kotwicowisko w Caleta Olla - "Panorama" druga od prawej.

Nasze "foczki".

11.02 Kolejny niezwykle piękny dzień - słoneczny i bezwietrzny, co sprawia że nasz rejs zamienił się w jachting motorowy. Na niebie ani chmurki, ale temperatura nie pozwala na opalanie (chyba nam już odbija - opalanie na Ziemi Ognistej!!!). Po wyjściu z Caleta Olla popłynęliśmy dalej na zachód przez tak zwaną aleję lodowców. Na tym odcinku do Kanału Beagle'a schodzą lodowce Italia, Francia, Allemania, Romanche. Ich niebieskie poszarpane czoła sprawiają niezwykłe wrażenie. Barwa lodu spowodowana jest sprasowaniem śniegu przez kolejne warstwy odkładające się przez stulecia. Przy czołach lodowców rozpościerają się pola paku lodowego, a niektóre bryły mają średnicę do kilku metrów. Wykonując slalom i odpychając się drągami podchodziliśmy do lodowców na ile to było możliwe. Tym sposobem udało nam się zrobić kilka fajnych zdjęć "Panoramy", w tym pod ogromnym wodospadem wychodzacym spod lodowego jęzora. Z kanału weszliśmy do malowniczego fiordu Seno Pia, który uważany jest za najpiękniejszy na Tierra del Fuego. Do jego wnętrza docierają tylko niewielkie jednostki, gdyż dawna morena czołowa lodowca spłyca wejście do niecałych 5m. Najpierw spenetrowaliśmy zachodnią odnogę fiordu. Im było bliżej jej końca tym ilość lodu się zwiększała, co stanowiło widomy znak bliskości lodowca. Na ostatnim odcinku trzeba już było nieźle lawirować, a pobliże czoła lodowców wypełnione było pakiem. Po drodze udało się wylądować grupie rozpoznawczej na małej górze lodowej, na której opalali się przez chwilę Jeremi (Homo Camczaticus) i Maciek. Do lodowców podeszliśmy na około 20-30m, a ponton jeszcze bliżej. Niebieskie, poszarpane, majestatyczne, wysokie na około 50 i może więcej metrów (zdjęcia wykonywane z żabiej perspektywy fałszują ich obraz) czoło lodowca sprawiło na nas ogromne wrażenie. Trudno kusić mi się o jakieś opisy tych "okoliczności przyrody" czy naszych odczuć - obawiam się, że przekroczyłbym granicę grafomaństwa. W trakcie wycofywania się z odnogi zachodniej dopadły nas szkwały wiatru spadowego o sile dochodzącej do 8-9B. Nie trwały one jednak długo. Dalej skierowaliśmy się do odnogi wschodniej. Lodowce w niej są większe, ale już nie tak spektakularne. Być może wydaje nam się tak dlatego, że nie mogliśmy podpłynąć do nich blisko z powodu płycizny. Zrobiliśmy więc wycieczki pontonem, a następnie wycofaliśmy się do Caleta Beaulieu, gdzie stanęliśmy na kotwicy. Na brzegu przywitał nas Zorro czyli lis - to już drugi jaki widzieliśmy w czasie rejsu. Z jachtu otwierał się niezapomniany widok na schodzące do wody lodowce. Zgodnie z tutejszym zwyczajem na jednym z drzew przybiliśmy tabliczkę informującą o pobycie "Panoramy". W nocy dał się słyszeć przejmujący pomruk pękających lodowców.

 

Powyżej: Pod lodowcowym wodospadem - Przy małej górze lodowej - Tabliczka w Caleta Beaulieu.

Poniżej: Lodowce w zachodniej odnodze Seno Pia.

Widok z kotwicowiska w Caleta Beaulieu.

Lodowce we wschodniej odnodze Seno Pia.

12.02 Następny dzień pięknej pogody, ale wydaje mi się, że to meteorologiczne pasmo szczęścia skończy się wkrótce wielkim gwizdem. Barometr leci na łeb i szyję - w ciagu ostatniejdoby o około 36-37hPa. Wciąż jest ciepło, ale pojawiły się chmurki (na razie) i wiatr. Wyszliśmy z Seno Pia żegnani przez delfiny i wyznaczyliśmy kurs na Seno Garibaldi - kolejny z fiordów (ok. 11Mm długości) z trzema lodowcami schodzącymi do wody w samym jego zakończeniu. Tu już docierają wycieczkowce a jeden z nich nawet spotkaliśmy. W samym fiordzie zaczęło wiać - moco (5-7, a nawet do słabej 8B) i niestety w dziób. Piłujemy więc na silniku. Pod drodze spotykamy małe stadka lwów morskich wygrzewające się na kamienistym brzegu. Nietrudno je zlokalizować, bo oznajmiają o swoim pobycie głośnym ryczeniem (pierwsze stado wypatrzył Fred). Podobno lodowce w Seno Garibaldi poruszają się dosyć szybko, co powoduje częste się ich cielenie i to ogromnymi kawałkami. Z tego powodu nie można do nich podchodzić zbyt blisko. Niestety nie udało się podpłynąć do lodowca - niecałe pół kilometra od niego uderzyły nieco z boku w nasz dziób szkwały o sile dochodzącej do 10B. Momentalnie ustawiło nas ukośnie prawą burtą do wiatru - nie było szansy odkręcić w lewo, wiatr nas niesie, a jakieś 20m po prawej był już skalisty klif. Cała naprzód, maksymalna cyrkulacja w lewo i przeszliśmy o kilka metrów od brzegu zanim część załogi w fotograficznym szaleństwie zdołała się zorientować co się dzieje. Niestety wiatr nie pozwalał na posuwanie się w górę fiordu i musieliśmy tym razem odpuścić. Z północno-wschodniej części fiordu wycofaliśmy się płynąc kilka węzłów na samym olinowaniu i dopiero w części północnej postawiliśmy foka. Zrezygnowaliśmy z postoju planowanego we fiordzie, a zaoszczędzony dzień chcielismy wykorzystać w Bahia Yendeghaia na konną wycieczkę od gauhos na lodowiec. Żeglując w dół fiordu momentami osiągaliśmy prędkość ponad 8 węzłów. Tym sposobem udało nam się szybko dotrzeć do kanału Beagle'a, gdzie wciąż wiało, ale słabiej (do 3-6B). Stopniowo wiatr skręcił z N na NW, a później na W. Niebo się zaciągnęło i zaczęło siąpić czyli powróciła pogoda jaka zwykle panuje w tym rejonie. Samo kotwicowisko w Caleta Morning na Isla Gordon osiągneliśmy na silniku. Jest to ponoć jedna z najlepiej osłąniętych w tym rejonie zatok, dająca osłonę praktycznie ze wszystkich stron. Zakotwiczyliśmy rufą blisko brzegu (głęb. 15-16m) w pobliżu niewielkiego wodospadu odprowadzającego wodę z małego jeziora. Południową stronę zatoki zamykał skalisty klif z gniazdami kormoranów i kondorów.

13.02 Ten dzień rozpoczął się wcześnie, bo jeszcze 12-go około jedenastej. Rozwiało się nieźle od zachodu, i mimo że teoretycznie powinniśmy być dobrze osłonięci odbitki wiatru od skał zaczęły spychać jacht na brzeg i trzeba było zejść z kotwicy. Ponowne jej rzucenie i założenie lin na brzeg w ciemną noc, w małej zatoce, przy porwistym wietrze było zbyt ryzykowne. Wyszliśmy na kanał Beagle'a a tam się zaczęło... Szkwały wiatru W-NW dochodziły do pięćdziesięciu kilku węzłów, a momentami wiatromierz pokazywał uderzenia szkwału do 90-120 węzłów (początkowo nie chciałem wierzyć w te wskazania - pamiętam zwłaszcza 98 i 122kn prędkości wiatru - sądząc, że coś się popsuło, ale w kolejnych dniach wiatromierz był OK. Tak więc nie jestem pewien czy ten gwizd to morskie opowieści czy prawda). Miałem nadzieję, że skończy się to równie szybko jak się zaczęło i postanowiłem zagrać na czas czyli iść na samym olinowaniu z wiatrem z nadzieją, że za dnia znajdziemy się koło Bahia Yendeghaia i uda nam się wykręcić na NW. I tak planowaliśmy tam postój u gauhos. Tymczasem na samym olinowaniu z wiatrem "Panorama" osiągała prędkość ponad 8 węzłów, choć średnio jechaliśmy 4-7 w - ci, którzy pływali na Riglach wiedzą, że na żaglach nie jest to wcale łatwe. Kluczowym momentem było przejście w "egipskich ciemnościach" cieśniny między Punta del Diabla i Isla Gordon mającej około pół mili szerokości. Dalej na wschód było już stosunkowo szeroko i bezpiecznie. Niestety siła wiatru spadła jedynie do standartowych 7-9B a po drodze nie było za bardzo gdzie się zatrzymać - jedynie w Ushuaia, ale nie mogliśmy tego zrobić bez odprawy w Chile. Tak więc ognisko u gauhos i konna wycieczka na lodowiec wypadły całkowicie. Postanowiłem więc płynąć bezpośrednio do Puerto Williams, gdzie przybyliśmy w południe. Załatwienie wszelkich formalności oraz oficjalnych certyfikatów marynarki chilijskiej potwierdzających opłynięcie Hornu (druki ścisłego zarachowania, na specjalnym papierze, z oficjalnym podpisem) zajęło mi cztery godziny! W międzyczasie Leszek wybrał wodę (kubeczkiem!) z zenzy w poszukiwaniu komórki (nie szarej tylko takiego małego telefonu). Wieczorem miała miejsca impreza w klubie na wraku Maclavi. Spotykają się tam załogi jachtów wyruszających lub powracających na Horn i Antarktydę. Szampańska impreza mocno zakrapiana pisco trwała do rana, co nieco opóźniło nasze wyjście następnego dnia zgłoszone na 8-mą rano. (filmik)
14.02 O szóstej rano obudziły nas załogi sąsiednich jachtów stojących w tratwie, gdyż chciały wyjść z portu - jacht pokryty był cieniutką warstewką lodu. Ostatecznie wyszliśmy z portu w samo w południe. Słońce bez chmur, świerzy wiatr z zachodu - zapowiadało się halsowanie do Ushuaia. Nabraliśmy wysokości na silniku i postawiliśmy żagle. Piłowaliśmy ostro na ile się dało, co ostatecznie się opłaciło. Minęliśmy bliziutko cypelki po południowej stronie kanału i wtedy zaczęło odkręcać stopniowo na NNW, co pozwoliło na dojście do Ushuaia z zaledwie dwoma zwrotami. Wieczorem byliśmy na miejscu. Rozwiało się dopiero jak cumowaliśmy, co nieco utrudniało manewry. Spotkaliśmy się też z załogą Jurka Kosza, która dopiero co przybyła. Po ostatnich dwóch nocach (sztormowej i w Maclavi) nie bylismy w stanie dotrzymać im tym razem placu.

15.02 Ten dzień poświęcilismy na turystykę. Jedna grupa udała się na wycieczkę na położony w pobliżu Ushuaia lodowiec. Część drogi do niego pokonuje się kolejką, a ostatni odcinek per pedes. Druga ekipa zrobiła sobie wycieczkę kolejką wąskotorową do Parku Narodowego. Linia została zbudowana przez więźniów w I poł. XX w. do transportu drewna. Można też było zobaczyć zaaranżowane szałasy tutejszych pierwotnych mieszkańców - Indian Yamana. Ostatni czystej krwi Yamana zmarł w latach osiemdziesiątych XX wieku, a ich zwarta grupa zamieszkuje obrzeża Puerto Williams. Było to plemię koczownicze zmieniające co kilka dni miejsce postoju. Poruszali się oni na kajakach. Ich jedynym odzieniem były skóry przerzucone przez ramię!!! Co więcej, kobiety nurkowały w tych zimnych wodach nago w poszukiwaniu krabów i małży. Wieczorem odbyła się uroczysta kolacja połączona z rozdaniem certyfikatów kaphornowych i opinii.

16.02 Od rana klarowaliśmy jacht a wieczorem spotkaliśmy się na uroczystej kolacji z następną załogą w znanej nam już restauracji "Volver". Później jeszcze mały obchód miasta i ostatecznie wieczór zakończył się nad ranem na pokładzie jachtu. Tym razem załoga V etapu była wyraźnie górą (Jurkowi chyba zaczęły się mylić imprezy i daty) nie tylko w wytrzymałości, ale zwłaszcza w programie muzyczno-artystycznym, co było przede wszystkim zasługą Jeremiego.

17.02 Rano wyprawiliśmy Karmenę, Jeremiego i Pawła na lotnisko, gdyż odlatywali wcześniej a sami zabraliśmy się za ostatnie porządki. Przekazanie jachtu, mimo że musieliśmy jeszcze trochę posprzątać po imprezce, przebiegło szybko i sympatycznie (filmik). I to niestety był koniec rejsu. Żal było się rozstawać, opuszczać jacht i tak interesujące wody. No cóż - Ce l'vie!

W czasie trwania rejsu ukonstytuowało się kilka wielce ekskluzywnych organizacji wyższej nieużyteczności niepublicznej. A oto one:

- Klub Łamag Pokładowych (najbardziej elitarny): prezez "Fred", z-ca Paulito, I członek "Marco" (za wypierdółkę na Hornie), II członek "Żona" (za próbę wtargnięcia do kambuza przez luk), III członek Maciek (za desant po kolana w osuchu), członek zwyczajny "Jarek" (za wypierdółkę na rufie), kandydat na członka zwyczajnego "Dottore" (za utopienie komórki w zenzie, ale to nie wystarczyło choć się bardzo starał).

- Klub Znoszących Morskie Podróże Inaczej: prezes "Dottore" (prezesostwo za "Discovery" choć było to już na postoju), v-ce Marco (za stan przedhornowy), Paulito (za grację w karmieniu rybek).

- Klub Spalonych Kinoli: prezes Fred (raczej nie za nos a uszy) i reszta załogi oprócz Marka.

- Komisja Śledcza (do tej pory nie wiem od czego): Paulito przewodniczący, Fred z-ca, Maciek sekretarz.

Podziękowania:

- za użyczenie pomocy nawigacyjnych (nie tylko na mój etap) oraz za rady i informacje dla: Krzysztofa Baranowskiego, Adama Kantorysińskiego, Grzegorza Kwasa, Pawła Motawy i Wojciecha Starcka.

- Piotrowi Orvaldiemu za wypożyczenie telefonu satelitarnego.

- Sergiowi za pomoc i życzliwość. Niewymagającym polecamy jego hostel w Ushuaia: http://www.abraushuaia.com.ar

- Ani Bieranowskiej, Robertowi Chorążewskiemu, Darkowi Kluczce i Jurkowi Koszowi za wysłuchiwanie, spisywanie, nagrywanie i umieszczanie relacji na stronie klubowej.

W końcu w pełni zasłużone podziękowania dla całej załogi za przewesoły i przesympatyczny rejs. A była to "brygada śmiechu" w składzie: (stoją od lewej) Paweł "Pablito" Chudyba, Ferdynand "Fred" Aptazy, Dorota "Żona" Zabłocka, Leszek "Dottore"/"Adam"/"Tomek" Słodkowski, Maciek "Macio" Tkacz oraz (siedzą od lewej) Andrzej "El Commandante" Pochodaj, Marek "Marco" (wymawiane z francuskim akcentem!) Swarzyński, Karmena "Carmen" Stańkowska, Jeremi "Jarek" Radwaniecki.

Przebyliśmy niewiele mil, bo jedynie 488 w ciągu 108 godzin, ale za to bawiliśmy się doskonale i zobaczyliśmy miejsca, które dane jest ujrzeć nielicznym śmiertelnikom. Jednym słowem niezapomniany rejs!!!

Andrzej Pochodaj, 2005-02-21


Powrót do strony głównej Jacht Klubu