RELACJA Z MORZA
s/y Bagatelą do Londynu
13.08 - 08.09.2000

Świnoujście - Londyn - Gdynia 13 sierpnia - 8 września 2000 r.

Zdjęcia: Dariusz Kluczka, Tekst: Anna Zabłocka-Kluczka

Jak do tego doszło?
Boże Narodzenie 1999

Pomysł pożeglowania w stronę Wielkiej Brytanii zrodził się oczywiście;-) przy kuflu piwa w żeglarskim gronie, gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia 1999 (a może to była klubowa Wigilia?). Rok milenijny trzeba było przecież jakoś uczcić, a że Anglia potęgą mórz była (jest?) i basta - to do Anglii. Tylko konkretnie dokąd? Wyspa White - mekka żeglarzy? Plymuth - miejsce startu Transatlantyckich Regat Samotnych Żeglarzy? W okolice Hartlepool - bo tam pochowany jest komandor Mamert Stankiewicz (oj, wychowywało się na Borchardt'cie)? Hmm... Wybór trudny, zwłaszcza, że pod koniec wieczoru lista potencjalnych docelowych miejsc nieco nam się wydłużyła. W końcu jednak Darek umęczonym głosem, ale i z iskrą w oku zakrzyknął: "Już wiem! To musi być stolica UK! Więc płyńmy do Londynu!" I tak też postanowiliśmy zrobić.

Przygotowania
styczeń - sierpień 2000

Balast niepewności spadł nam z serca i od razu zabraliśmy się za przeliczanie odległości. Świnoujście - Londyn - Gdynia. 2 tygodnie, 3 tygodnie, miesiąc. A potem - mapy, tabele pływów, atlasy prądów, spisy świateł, sekstant (którego ostatecznie nie udało nam się zorganizować - nie wiem czemu niektórzy wpierają, że to już przeżytek) i inne równie potrzebne rzeczy - i tak w mgnieniu oka zleciało pół roku. W końcu pozostało już tylko zakrzyknąć: Bierzmy te "...mapy, książeczki, pieczątki, papiery, [i płyńmy - przyp. A. Z.-K.]... do jasnej cholery. Cumy z polera, na wodę dziób..." Aj, chyba się trochę zagalopowałam. Najpierw jeszcze oczywiście trzeba nam było dowlec się pociągiem do Świnoujścia, nakupić całą masę potrzebnego jadła, żeby nie umrzeć z głodu, no i dać się zaokrętować, co nastąpiło w samo południe pamiętnego dnia 12 sierpnia roku pańskiego 2000. Dzień jeszcze poczekaliśmy na resztę ekipy i ostatecznie 13.08 około godziny 14-tej wyruszyliśmy w morze.

Świnoujście - Holtenau
12.08 - 15.08

Neptun był dla nas łaskawy. Ciepło, sucho, słonecznie, półwiatr prawego halsu, regularna trójka - idealne warunki jak na pierwszy dzień na morzu. Zaadaptowaliśmy się więc w szybkim tempie, bez żadnych niepożądanych dolegliwości;-) i zainaugurowaliśmy rejs gitarą i śpiewem. Widać się nasze optymistyczne nastawienie Neptunowi bardzo spodobało, bo cały następny dzień przejechaliśmy na spinakerze. W nocy zaś atrakcji i iluminacji świetlnych dostarczyły odległe burze - gdzieś po północy przeszliśmy więc na marszowy zestaw żagli (czyli genua + grot). Jeszcze nie zdążyliśmy się dobrze nacieszyć Bałtykiem, a już witała nas niemiecka łódź podwodna u ujścia Kieler Fiordu. Strasznie szybko przelecieliśmy do tej Kilonii. 15-go sierpnia ok. 14-tej zacumowaliśmy w Holtenau. I tu dopadł nas jesienny marazm! Pożółkłe liście leciały z drzew, byliśmy drugim jachtem, czym prędzej więc opuściliśmy pokład w poszukiwaniu celników i żywej duszy! Nie wiem czy tak długo szukaliśmy, czy ktoś wysłuchał naszych próśb o towarzystwo, bo po powrocie ukazał się naszym oczom zapamiętany sprzed trzech lat, klasyczny, żeglarski obrazek. Fały wesoło tłukły o maszty, w porcie gwar i miejsca ani na lekarstwo, przy naszej burcie kolejny jacht... Czegóż więcej było trzeba... Aha, piwa - ale z tym nie było problemu;-)

Holtenau - Londyn
16.08 - 22.08

Pobudka była ciężka, ale pomni tego, że zależy nam na czasie dzielnie zwlekliśmy się o 7 rano. I od razu nagroda - przy kei właśnie stawał polski jacht - wtedy też ostatni raz widzieliśmy s/y Bieszczady

0730 weszliśmy w Kanał Kiloński, by opuścić go ostatecznie jakieś 12 godzin później. Morze Północne przywitało nas sztilem, więc prawie całą noc rąbaliśmy na silniku, by w końcu nad ranem wyjechać z ujścia Łaby. Rozwiało się całkiem przyzwoicie, tylko z nie całkiem przyzwoitej strony - pozostało więc halsowanie.

I tu w notesie mam kilka pustych stron. Patrzę więc na zdjęcia i przypominam sobie jak było. Chwilami chyba nie za ciepło, skoro w dzień jeździliśmy omotani sztormiakami aż po uszy. Ciekawie, bo ciągle mijaliśmy jakieś platformy i statki (ruch był dosyć duży, to pamiętam). Nastrojowo i nostalgicznie - och, te wschody i zachody słońca. Czasami bezwietrznie - co Martę przyprawiało o bezsilną złość. Czasami nawet wiatr nam sprzyjał - wietrzyliśmy przecież spinakera. Na Północnym mieliśmy też jedyną w całym rejsie awarię - pękł nam fał foka, ale żagiel na szczęście się nie podarł. Zastąpiliśmy awaryjnym, a nowy fał udało nam się założyć jeszcze przed dotarciem do Londynu. W końcu 21 sierpnia rano udało nam się zaoczyć latarniowiec SUNK. Byliśmy chyba zbyt pewni siebie, zbyt upojeni zbliżającym się sukcesem (przez głowę skippera nie raz przechodziły czarne myśli - co będzie jak nie dopłyniemy? - zwłaszcza, że wiatr początkowo nie sprzyjał), wydawało nam się, że Tower Bridge już tuż, tuż. Tymczasem na zimne piwo przy kei przyszło nam poczekać jeszcze ponad 1,5 doby!

Tamiza pokazała co potrafi. Wzmógł się wiatr, przyszło nam halsować się między osuchami pod prąd, na tyle silny, że gdzieś na wysokości Knock John Tower w obliczu posuwania się wyłącznie do tyłu (jak informował GPS i namiary na okoliczne światła) postanowiliśmy rzucić kotwicę i przeczekać, nieco przy tym odpoczywając. Z przeczekaniem wyszło, z odpoczynkiem nie bardzo się udało, bo kotwica zrywała trzykrotnie, zanim w końcu chwyciła na dobre. Wiatr nami szarpał, więc jak tylko prąd się odwrócił, tuż po północy ruszyliśmy dalej. I tu wspięliśmy się na szczyty naszej żeglarskiej edukacji halsując (W 5-6B) w wąskim przejściu, między osuchami, w ogromnym ruchu, uciekając sprzed dziobów kolejnych statków (przezorny zawsze ubezpieczony) czasami nawet nad osuchy i odnajdując wśród migającego gąszczu właściwe, interesujące nas boje.

W końcu gdzieś po 0700 udało nam się zostawić po lewej burcie boję Sea Reach No. 1. Opuściliśmy Thames Esuary, wpłynęliśmy na Tamizę. Tuż przed 8-mą wiatr zdechł zupełnie, prąd właśnie zdążył się odwrócić, a my zostaliśmy z resztką ropy w baku i perspektywą kolejnych 6 godzin na kotwicy. Tamiza zaparła się, żeby nas wypluć, ale tego już nasza harda polska dusza nie zdzierżyła. Shell Haven? Oil Rafinery? Tam musi być gdzieś jakieś miejsce, żeby zatankować! Płyniemy ile się da, a potem zobaczymy co dalej! Jak się okazało na całej Tamizie nie ma miejsca, gdzie można by zatankować!!! Dopiero w St. Cathrin's Dock, czyli tuż pod Tower Bridge. Ale o tym dowiedzieliśmy się jak już tam dopłynęliśmy. Poratował nas po drodze rodak, pracujący na norweskim tankowcu, który na linie spuścił nam z burty kanister z 10 l ropy tylko za dobre słowo - nie chciał przyjąć w zamian nawet flaszki. Później udało nam się stanąć, trochę bezprawnie, na prywatnej (wojskowej) kei w Gravesend i z bańkami poszliśmy szukać stacji benzynowej. Tamiza zrobiła na nas przygnębiające wrażenie - cała przemysłowa, zurbanizowana, wszędzie stocznie, rafinerie, mosty i ani kawałka zieleni. No i ten kolor wody - brunatno-szary. Dopiero ostatni kawałek rzeki - już przez Londyn - jest ciekawy. Wielka Bariera Pływowa, Millenium Dom, Cutty Sark, Pałac Królowej Matki i w końcu majestatycznie wyłania się Tower Bridge. O 17-tej stanęliśmy na waiting pirs, trzeba było odczekać jeszcze 2 godziny zanim wpuścili nas do środka. Stanęliśmy w St. Cathrin's Dock - najbardziej "wypasionej" marinie w Londynie. O 19-tej pierwszy toast. Udało się, dopłynęliśmy.

Londyn
22.08 - 26.08

Londyn - założony przez Rzymian dla obrony brodu przez Tamizę, dziś kilkumilionowe miasto. Dużo by można pisać, ale od tego są przewodniki. Z naszego punktu widzenia jest to miasto niesamowicie ruchliwe, zatłoczone turystami i chyba niezbyt łatwe do życia. Przeciętnemu Londyńczykowi należy tylko współczuć.

W Londynie zwiedziliśmy w ciągu trzech dni większość rzeczy, które zalecają przewodniki - z konieczności nieco pobieżnie i takie, które wydawały nam się być nieco na uboczu. Poruszaliśmy się głównie pieszo lub metrem (słynna 1-dniowa trawelka (Travel Card) kosztowała 4 Ł). Zachwyciło nas Muzeum Historii Naturalnej, Muzeum Nauki i Techniki, British Museum. Obowiązkowo zwiedziliśmy też Cutty Sarka i Greenwich Muzeum - z tego ostatniego Darka trudno było wyciągnąć;-). W Muzeum Morskim (Maritime Museum) udało nam się zgubić, a jak już się odnaleźliśmy to się okazało, że każdy zwiedził zupełnie inną część. Posiedzieliśmy chwilę w Hyde Parku, zadzieraliśmy głowę do góry, żeby zobaczyć Nelsona na Trafalgar Squer, posłuchaliśmy Big Bena (dla niewtajemniczonych dodaję, że Big Ben to nie jest zegar!), obejrzeliśmy z zewnątrz Westminster Abbey i Buckingam Palace, poszperaliśmy trochę w chińskiej dzielnicy, a nawet wybraliśmy się do teatru (3/5 składu) na "Czarownice z Eastwick". Aż dziw kiedy to wszystko zdążyliśmy zrobić w ciągu trzech dni. Ale co najważniejsze odwiedził nas kolega klubowy - Darek Gocał - na stale mieszkający w Londynie, który własną krwawicę przed laty toczył pracując przy Bagateli! Spotkanie to (jakże brzemienne w skutkach!) zaowocowało zacieśnieniem więzi polsko-angielskich i kupnem jachtu - Cartera 30 o wdzięcznej nazwie (nomen omen) Nereus II (dla niewtajemniczonych dodam że, w klubie pływa też Nereus). Aż żal nam było odjeżdżać, ale czas płynął nieubłaganie. 26 sierpnia o godz. 0920 wyruszyliśmy w drogę do domu.

Londyn - Helgoland
26.08 - 29.08


Tym razem Tamiza wypluła nas w rekordowym tempie. W ciągu 12 godzin mieliśmy za sobą zarówno samą rzekę, jak i jej rozlewiska. Znowu byliśmy na Morzu Północnym. A to zafundowało nam przepiękny, acz podejrzanie krwisty zachód słońca, 6 godzinną burzę z ulewnym deszczem (non stop przez cały czas jej trwania) i trąbę wodną następnego dnia. Niestety wpadliśmy na pomysł, żeby jej robić zdjęcia dopiero jak już prawie całkiem znikła - wcześniej byliśmy za bardzo zajęci uciekaniem - wiec niewiele z nich wyszło. Ale za to zaraz potem postawiliśmy spinakera i w krótkim czasie udało nam się dożeglować do Helgolandu. A tam już hulaj dusza piekła nie ma - raj dla palaczy i alkoholików. Zrobiliśmy należyte zaopatrzenie barku na cały następny rok i pełni zadowolenia skierowaliśmy się w stronę Kilonii. A w nocy zaroiło się od żaglowców - właśnie zaczynały się zjeżdżać na zlot w Wilhelmshaven (albo może w Bremerhaven). W eterze wrzało - na pewno słyszeliśmy Fryderyka Chopina, Pogorię chyba też, a Aleksandra von Humboldt'a udało nam się na morzu obejrzeć z bliska.

Helgoland - Brunsbittel - Kiel
29.08 - 31.08

Ale zanim do Kilonii, najpierw oczywiście pozostał do sforsowania kanał. Noc spokojnie spędziliśmy już za śluzą (w Brunsbittel). Łezka w oku nam się zakręciła gdy się za nami zamykały wrota na Morze Północne - w końcu udało nam się z nim zaprzyjaźnić. Ale czas naglił i trzeba było ruszać dalej. Kanał przebyliśmy w lekkiej mżawce i na oparach gazu (zawiało groźbą zimnych posiłków do końca rejsu) - próbowaliśmy napełnić butle w Anglii, ale nasze końcówki są po prostu niekompatybilne (zawezwany przez obsługę mariny magik przywiózł ze sobą całą ich masę, ale niczego nie dało się dopasować). Mieliśmy nadzieję, że może w Kilonii się uda. Śluzowaliśmy się wieczorem w dużej śluzie jako jedyny jacht i jedyny zresztą obiekt pływający - nie ma co mówić, robi wrażenie. I jak tylko udało nam się postawić pierwszy krok na Bałtyku, a raczej przepłynąć pierwszy kabel - lunęło. Już wtedy nasze rodzime morze wydało nam się nieco niegościnne. W Kilonii nawiązaliśmy nowe kontakty z przedstawicielami miejscowej Polonii, ale butli naładować się nie dało. Hafenmeister skierował nas do Moltenort (warto zapamiętać tę nazwę, pierwsze "o" z umlautem) i tam nareszcie odnieśliśmy sukces. Znowu była herbata i ciepły obiad (no, może trochę nakłamałam - herbata i obiad były przez cały czas, ale zastanawialiśmy się powoli nad ograniczeniem zużycia gazu, żeby nie zostać całkowicie z niczym). Zatankowaliśmy gaz i w silnych szkwałach pożeglowaliśmy w stronę domu.

Kiel - Ronne
31.08 -

Długo się zastanawialiśmy dlaczego Bałtyk dał nam do wiwatu zamiast witać strudzonych wędrowców z otwartymi rękami, aż wreszcie wyszło szydło z worka przy oglądaniu zdjęć! Okazało się, że Iwona pisała listy na morzu, no dokładnie na Tamizie - niech będzie, że to był pamiętnik;-) Innego wytłumaczenia w każdym razie nie udało się znaleźć. Nie było może aż tak źle, wiało tylko do 8, ale dla małego Carter'ka to już trochę. Kadłub ciężko pracował na krótkiej bałtyckiej fali, co chwila z głuchym stukotem opadając w dół, takielunek jęczał, a maszt jak szalony szarpał się w opętniku - słowem wrażenia mało przyjemne dla osób znajdujących się pod pokładem, dla tych u góry nieco mniej, bo przynajmniej nie słychać było tego okropnego łoskotu i uderzeń o powierzchnię morza (za to każda fala przynosiła potężny prysznic). Przećwiczyliśmy refowanie, przewietrzyliśmy komplet żagli sztormowych. Zawartość nawigacyjnej wpadła do kambuza, zawartość kambuza (na szczęście odpowiednio zabezpieczona) nie wpadła do nawigacyjnej, więc nie musieliśmy wyciągać masła spośród map;-) Trzeba będzie na przyszłość pomyśleć o jakiejś lepszej zabudowie w nawigacyjnej. Za każdym razem silniejszy wiatr na prawym halsie powoduje wysypywanie się większości pomocy nawigacyjnych. No i było tak wyboiście aż do samego Bornholmu. Za to jak tylko udało nam się wejść do Ronne, wiatr ucichł i morze zaczęło się uspokajać. Neptun to ma poczucie humoru! Obwieszeni mokrymi rzeczami musieliśmy wyglądać przy kei jak obraz nędzy i rozpaczy, no ale trzeba się było jakoś w końcu wysuszyć. Postój nie trwał długo. Szybkie zwiedzanie, ciepła kąpiel, spokojna noc i następnego dnia ruszyliśmy dalej.


Ronne - Hel - Gdynia
- 08.09

No! Pogoda wyraźnie się poprawiła. Znowu wyciągnęliśmy spinakera i znowu można było chodzić w krótkich spodenkach. Chociaż w nocy temperatury osiągały przeważnie 13 stopni C. Któregoś dnia (to był chyba już 6 września) nad ranem miłe spotkanie z rybakami z Ustki. Handel wymienny i za flaszkę wódki dostajemy całe wiadro świeżuteńkich, dopiero co wypatroszonych dorszy. A dokładniej dostajemy dorszami - bo rybacy ich nam po prostu nawrzucali do kokpitu (była zbyt duża fala aby podejść). Umówmy się, że celowali do kokpitu, bo podejrzanie rybami obrywała tylko płeć żeńska!!! Darek jednego dorsza znalazł potem w swoim śpiworze, a w ogóle to nieodzowne było szorowanie, bo cały pokład uwalany był we krwi. Wyszorowaliśmy. Ale najpierw zajadaliśmy się dorszami na śniadanie usmażonymi a'vista przez Romka. Wieczorem Hel już w zasięgu ręki, a jednak tak daleko. Najbardziej irytuje nas brak wiatru. W końcu jednak dotarliśmy. Odprawa, krótki postój i przed wieczorem dalej w drogę - oby do Gdyni. Czas nas naglił, a my nie mogliśmy się spóźnić z jednej prostej przyczyny, następnego dnia musieliśmy być we Wrocławiu na ślubie naszego Przyjaciela i klubowego kolegi - Krzysia Reicha. Darek został świadkiem tej zacnej ceremonii. Jacht przekazaliśmy w piątek 8 września o godz. 12-tej na ręce bosmana klubu, w stanie nietkniętym po przeżeglowaniu 1702 Mm w ciągu 422,5 godzin.


P.S. 1
Jeszcze gdzieś na Północnym, co prawda już w drodze powrotnej zrodził się pomysł nowej przygody. Wabiła nas Irlandia... Powiem krótko - i ta wyprawa zakończyła się sukcesem, ale to już zupełnie inna opowieść;-)

P.S. 2
Gratuluję wytrwałym, którym udało się doczytać do końca. Z konieczności tekst został mocno okrojony i wyprany z mniej znaczących wydarzeń, w innym wypadku przeczytanie go zajęłoby również miesiąc;-)

P.S. 3 - SPROSTOWANIE NA PROŚBĘ KAPITANA
Cały tekst należy czytać z przymrużeniem oka. Ani z paliwem, ani z gazem sytuacja nie przedstawiała się aż tak tragicznie, jak to zostało opisane. Zawsze był bezpieczny zapas, co nie zmienia faktu, że lepiej się płynie ze świadomością, że wszystkie możliwe baki i kanistry są pełne. Prawdą jest, że na całej Tamizie (za wyjątkiem St. Cathrin's Dock) oficjalnie nie ma gdzie zatankować i że nasze standardy odnośnie butli z gazem są nieco inne niż w Europie.

Wyprawa do Londynu to od pewnego czasu pierwszy dłuższy rejs Bagateli po Morzu Północnym. Po latach wyczynów (przejście Atlantyku z jednoosobową załogą, wyprawa na Wyspy Owcze) odpoczywała trochę na Śródziemnym, a potem kilka sezonów spędziła na Bałtyku (dwukrotnie Alandy i Stockholm). Po rejsie tym powstał cały zeszyt uwag odnośnie niezbędnych poprawek i ulepszeń. M. in. konieczna jest jakaś sensowna zabudowa półki w nawigacyjnej, bo rzeczywiście przy większym przechyle na lewą burtę cała zawartość wypada i trzeba z nią spać w hundce. To samo tyczy się półek w mesie. Należy dokładnie określić pojemność baku paliwa, wozić ze sobą większą ilość kanistrów na ropę (30 l przy przepale ok. 2 - 2,5 l / h to trochę mało), bądź też zrobić przegląd silnika. I tak dalej... nie będę zanudzać.
Przy tym wszystkim Bagatela jest bardzo wdzięcznym i dobrze wyposażonym (jak na swoją wielkość) jachtem (UKF-ka, echo + log, wiatromierz, GPS i silnik, który pali zawsze za pierwszym razem (sic!), 10 żagli - od kompletu żagli sztormowych po spinakera). No, chciało by się może jakiegoś małego radaru i laptopa;-). Do tego dzielnie radzi sobie na morzu. Nie jest może zbyt szybka (średnia prędkość 4 w), ale 8 w można z niej przy odrobinie chęci spokojnie wycisnąć (zwłaszcza na początku sezonu;-). Przez prawie miesiąc była naszym domem i bezpiecznie nam się na niej żeglowało.
A. Z.-K.


MAŁA STATYSTYKA:

Wyruszyliśmy: 13 sierpnia 2000 r. ze Świnoujścia
Odwiedziliśmy porty:
Holtenau, Brunsbuttel, Gravesend, Londyn, Helgoland, Kilonia, Moltenort, Ronne, Hel

Zakończyliśmy rejs:
8 września 2000 r. w Gdyni
Przepłynęliśmy:
1702 Mm w ciągu 422,5 godzin (w tym 339,5 na żaglach i 83 na silniku)

Rejs prowadził: Dariusz Kluczka
W skład załogi wchodzili:
I wachta: Anna Zabłocka-Kluczka, Marta Juszkiewicz
II wachta: Roman Matwiejak, Iwona Szarska

Przelot: Brunsbuttel - Londyn 6 dni
Przelot: Londyn - Helgoland 3 dni

Fotografie z wyprawy